Alkohole

Vana TallinnNie wiem co się ze mną dzieje. Chyba dorastam :-) Zmieniają mi się smaki. Z młodzieńczego uwielbiania dla półsłodkich win, piw mocno chmielowych, zrobiłam się smakoszką mocnych alkoholi smakowych i wytrawnych win. Co prawda moje doświadczenie jest nikłe, ale na myśl o niektórych 40% (lub mocniejszych) „wódkach” smakowych aż cieknie mi ślinka. Ostatnio w pracy miałam okazje spróbować kieliszek koniaka, niedawno otworzyłam zalegający u mnie na szafie już 1,5 roku likier … i po prostu oszalałam na punkcie tego smaku i tego ciepła w brzuchu jakie potrafi wytworzyć jeden kieliszek. Niegdyś w ogóle nie tolerowałam alkoholi mocniejszych niż 12%, chyba że na imprezie, tylko po to żeby złapać humorek, oczywiście zabijając ich smak dużą ilością napojów.

1,5 roku temu dostałam butelkę likieru Vana Tallinn przedstawionego na załączonym rysunku. Mam wersję 45%. Jest jednocześnie przepysznie słodki, a z drugiej strony z za słodyczy wydostaje się taka ogrzewcza moc alkoholowa. Szukałam informacji na Google o nim i dowiedziałam się tylko tyle, że jest polecany i chyba niedrogi. Zastanawiam się czy można kupić go u nas, bo świetnie nadawałby się na zimne grudniowe wieczory :-)

Brutalny, nieczuły świat

Jak mnie to wkurza jak ludzi rozpoczynają swoje narzekania na temat ludzkiej obojętności, znieczulenia i takich tam. Usiądzie sobie taka świnia z innymi i zaczyna marudzić jak to nikt nie pomoże człowiekowi w potrzebie, tylko wszyscy stoją i udają, że nie widzą. Nie spytają czy pijak się dobrze czuje,  nie pomogą kobiecie z wózkiem,  nie zareagują w przypadku bójki. Najbardziej żałosne w tym momencie: nikt nie interesuje się losem starszych, samotnych sąsiadów.

Tylko taka refleksja: w takich rozmowach niemal wszyscy są oburzeni znieczuleniem całego świata. Na ulicy niemal nikt nie reaguje w wyżej opisanych przypadkach. Jaki z tego wniosek? Niemal wszyscy, którzy ośmielają się chrzanić o wyżej opisanym są podłymi hipokrytami, którzy swój brak odwagi i znieczulenie próbują zakryć publicznym szczekaniem pod tytułem „jestem taki dobry, ale nie miewam okazji”. Żenujące…

Jeszcze żyje

Ja naprawdę lubię tego bloga i obiecuje, że jutro coś napisze. Od 2 tygodni próbuje ale nie mam weny. Poza tym jestem flejtuchem językowym, a tu staram się jakoś w miarę gramatycznie pisać … i ostatnio nie chciało mi się układać składnie zdań.Musze sobie sama publicznie obiecać, że w końcu dokonam jakiegoś wynurzenia zanim zapomnę całkowicie o tym, że mam bloga.

Brudaski kontra czyścioszki

Podczytuje forum… pisałam już o tym ;]

Ostatnio przeglądałam wątek o zmywaniu makijażu i pełne oburzenia wpisy o tym jak to można o 2 w nocy po pijaku nie traktować się toną kosmetyków „myjących”. Strasznie mnie to śmieszy, że dla niektórych kobiet „higiena”, „czystość”, „mycie twarzy” to hasła nieodzownie kojarzące się nie z wodą, ale z kilkoma kosmetykami (mleczkiem, tonikiem i tym podobnymi). Co te głupie kolorowe pisma robią z kobietami? Kiedyś czytałam wręcz, że nie powinno się myć twarzy wodą. W jaki sposób nacieranie się kosmetykami, które zawsze pozostawiają coś na twarzy, ma być nazywane zmywaniem czegokolwiek? Jak można uważać twarz potraktowaną takim czymś za czysta?

Zjawisko biologiczne

Kiedyś Kaczyński (nie pamiętam który, ale jakie to ma znaczenie?) powiedział, że on wraz z bratem są zjawiskiem biologicznym a nie politycznym. Strasznie spodobała mi się ta wypowiedź i teraz stosuje ją do siebie :-)

Ja też jestem zjawiskiem biologicznym i wcale się z tym źle nie czuję. Otóż:

W mojej firmie (mogę chyba tak mówić skoro pracuje tam już 4 tygodnie) pracują 3 panie od księgowości i spraw pracowniczych oraz dodatkowo jedna w kosztorysach. Na warsztacie są sami panowie. Kadra inżynierska to obecnie 10 mężczyzn i 2 kobiety w tym jedna na zwolnieniu przed porodem. Kiedy przyszłam tam pracować na warsztacie zwracano na mnie baczną uwagę. Wiadomo: nie dość, że jestem nowa i trzeba poplotkować to jestem kobietą, a z tymi oni w pracy nie mają zbytnio styczności. Przyzwyczaiłam się, oni też.

Przyszło co do czego i po 3 tygodniach wysłano mnie w delegacje. Pracownicy przyjęli to dość normalnie. W końcu wyjeżdżali już z tą ciężarną. Za to inni na tej budowie (podwykonawcy i rodzimi pracownicy) oglądają się za mną jak za wyżej wspomnianym zjawiskiem. Mogło by mnie to peszyć, mogłoby ekscytować, ale ze mnie to całkowicie spływa :-)

Odkryłam w sobie pokłady swojego JA. Moje JA w dzieciństwie nie lubiło lalek, malowideł. Już bardziej atrakcyjne były samochodziki, bo się ruszały. JA lubiło się bawić na ogrodzie, wkładać ręce w glebę, nigdy nie przejmowało się czystością. Do teraz mam to gdzieś jak się wybrudzę „na mieście” i dziwi mnie, że niektórzy tak przeżywają każda plamkę (choć gdyby tego nie robili to nikt by ich nie zauważał).

Moje JA zawsze patrzyło niechętnie na prace w biurze. Koleżanki trafiały na praktykach miedzy 4 a 5 rokiem do biura i przejmowały się ubiorem (bo laski w biurze co dzień mają inne, coraz bardziej wystrzałowe ubrania), a moje JA czuło intelektualny wstręt do takich niskich ekscytacji.

Moje głęboko skryte JA trafiło w końcu na budowę i wyszło z ukrycia. Cieszy się niesamowicie, że może sobie tak swobodnie brać do ręki co chce, chodzić brudne, latać beztrosko wszędzie i niczym nie musi się przejmować poza pracą.

Moje JA jest w swoim żywiole. Tylk oczasem moje JA myśli o zbrojeniu w płytach żelbetowych i tęskno mu do projektowania, liczenia itp. Szkoda, że dzień jest zbyt krótki na prace na 2 etatach i trzeba wybrać albo budowe, albo projektowanie. Jedynym co cieszy w tej sytuacji jest to, ze tesknota wskazuje na to, że idealnie wybrałam kierunek studiów.

Nie było mnie,ponieważ gdyż…

… miałam cały tydzień zawalony załatwianiem pracy i myśleniem jak wszystko rozegrać. Ostatecznie dostałam 3 różne prace (wszystkie w około mojego wyuczonego zawodu). Mogłabym też postarać się o jeszcze jedną, ale tamta byłaby bardzo niepewna.

Jutro mam stawić się już do pracy. Będę zatrudniona na czas określony, więc muszę się jakoś wykazać. Sęk w tym, że czuje się coraz głupsza. To co mam robić nie było bezpośrednio nauczane podczas studiów. Trzeba by więc „główkować na około” tematu, a ja w stresowych sytuacjach wszystkiego zapominam i staje się straszną kretynką. Na szczęście z tego co zdążyłam zauważyć, to atmosfera w firmie jest raczej luźna, więc może nie będzie źle.

Poza paniami w księgowości czy czymś takim będę jedyną dziewczyną (jedyna z branży) do czasu powrotu pewnej zaciążonej. Zapewne będę więc ciekawostką biologiczną :-)

Zaczynam się troche obawiać …

Matura z religii

Naturalna zdolność do czegoś co nazywam „lizaniem sobie nawzajem tyłków” jest bardzo silna, jednak w niektórych kręgach ludzie dość skutecznie udają, że nie gromadzą się w grupy wzajemnej adoracji. Nie czarujmy się: w kręgach uważających się za światowe, nowoczesne, tolerancyjne, oświecone itp, opowiedzenie się za wprowadzeniem matury z religii jest samobójstwem towarzyskim :-)

A co ja na to
A ja nie lubię fanatyzmu antyreligijnego/antyklerykalnego jeszcze bardziej niż fanatyzmu religijnego/klerykalnego. Przyczyna takich upodobań jest prosta: przeciwnicy ośmieszają się sami, nie podoba mi się natomiast kiedy inni swym fanatyzmem ośmieszają moje poglądy. W przypadku kwestii matury z religii nie spotkałam się jeszcze z racjonalnym argumentem obozu antyreligijnego, natomiast obóz religijny ma takowe. A teraz nastąpi mój wywód:

Założenia:
– matura z założenia ma być egzaminem na studia
– mamy w Polsce całkiem sporo wydziałów teologicznych (zarówno katolickich jak i prawosławnych)

Wnioskując z takich założeń możemy dojść łatwo do wniosku, że skoro religia jest przedmiotem nauczanym, teologia jest kierunkiem studiów, to nie ma powodów aby nie wprowadzić matury z religii. Argument często wypowiadany przez ekipę Giertycha. Argument z którym niesamowicie się zgadzam. Nie potrafię podać ani jednego kontrargumentu, nie usłyszałam go nigdy z ust przeciwników. Jedyne co fanatycy antyreligijni wytaczają w tym przypadku z ust to wypociny odnośnie tolerancji, państwa religijnego, że to sprawa Kościoła Katolickiego, więc dlaczego wszyscy mają płacić i tym podobnych.

Spójrzmy na sprawę jednak z innej strony. Kilka dni temu w całej Polsce odbywały się matury ustne z biologii. Tego samego dnia miejsce miały również matury z „wiedzy o tańcu”. Sama miałam zdawać maturę w „nowym” kształcie, zanim zmienił się rząd i zostało po staremu. Pamiętam, że też dawano mi możliwość wyboru takich przedmiotów jak „historia sztuki” czy „wiedza o tańcu”. Były to egzaminu dodatkowe i nie zwalniały z wyboru klasycznego przedmiotu. Domyślam się, że jest tak nadal. Warto zauważyć, że są to egzaminy z dziedzin nie nauczanych w szkole (łudzący się, że wyrzucenie religii ze szkół do sal przykościelnych załatwi sprawę, są zapewne zawiedzeni).

Tłumaczenie sensowności takich egzotycznych matur też niby jest logiczne, bo przecież ktoś może sobie zażyczyć studiować historię sztuki, a matura ma być egzaminem na takie studia. Egzaminy takie są nieczęsto wybierane, zatem drogie, bo czasem trzeba uzbierać/przeszkolić i opłacić komisje dla jednej osoby. Podobnie jest z językami nienauczanymi w szkole. Ponadto szkół z wydziałami tanecznymi jest… 0??

Skoro front antyreligijny nie widzi nic przeciw maturze z „wiedzy o tańcu”, to najwyraźniej nie ma też nic złego w maturze z religii. Ba! Jest ona nawet bardziej zrozumiała.

„A gdy będę umierał”

W jednym z mieszkań na osiedlu Chomiczówka policjanci, w sypialni, na półce zauważyli stojącą urnę.

Urna została zabezpieczona, a 62-letni mężczyzna stawił się w komendzie na przesłuchanie. Podczas wykonywania czynności przez policjantów, okazało się, że mąż zmarłej kobiety miał problemy z pochowaniem żony, w miejscu, które ona wskazała i dlatego tak długo przechowywał jej prochy w mieszkaniu. Mężczyzna oświadczył, że nie wiedział, iż jego postępowanie jest niezgodne z prawem.

Urna z prochami już została przewieziona na cmentarz i złożona w rodzinnym grobie. 62-letni mężczyzna odpowie teraz za przechowywanie w mieszkaniu prochów zmarłej żony.

Mężczyźnie grozi za to kara grzywny. [źródło]

To, że nie można pochować ciała gdzie się chce jest niby logiczne. Ciało ulega rozkładowi i może zanieczyszczać wodę. Niby wszystko ok. Tyle, że jeśli pomyśleć o tych wszystkich martwych chomikach, psach, kotach i innych stworzeniach domowych i dzikich, to już z lekka jest nielogiczne. Przyjmijmy, że chodzi o masowe pochówki, wszak ludzi w miastach szczególnie jest dużo i niemożliwe byłoby równomierne rozłożenie ciał, a przez to wszelakich produktów rozkładu. Mniejsza z tym.

Już dawno doszło do moich uszu, że nie można również pochować byle gdzie prochów ludzkich. Problemu skażenia w tym przypadku nie ma. Zapewne chodzi o godność po śmierci czy inne takie brednie. Tyle, że jeśli spojrzeć na to nie przez pryzmat jedynie słusznej poprawności (nawet ciężko powiedzieć jakiej, bo jak wytłumaczyć manie pochówków?), to okazuje się, że staje się to kwestia całkowitego zniewolenia ciała ludzkiego.

Mogłoby się wydawać, że jestem człowiekiem wolnym. Moge swobodnie wyrażać swoje myśli (choć czysto z założenia, bo nie wolno mi przecież „mówić źle” o pewnych grupach ludzi), mogę sama decydować o swojej przyszłości, muszę brać odpowiedzialnośc karną za swoje w pełni autonomiczne wybory. Jednak w żaden sposób nie wolno mi decydować o tym, co stanie się po mojej śmierci. Co prawda mogę sobie wybrać w jakiej będę formie (gnijącej padliny, czy też w formie sproszkowanej po odprowadzeniu do atmosfery gazów cieplarnianych), ale nie gdzie będę się znajdować. Państwo odgórnie zażyczyło sobie abym była pochowana na cmentarzu. A jeśli nie chce? Moi bliscy będą musieli popełnić przestępstwo i podmienić moje prochy. Czy zatem jestem właścicielką własnego ciała?

Strumienie zimnego powietrza w krocze

Gdzie się podziała życzliwość i uprzejmość sąsiedzka. Żeby tak sąsiadce  świdrować?

4 czerwca

Doszłam dziś do bardzo brutalnego wniosku:

W Polsce nie będzie normalnie, nie będzie można budować kraj póki nie wymrą ludzie urodzeni przed 1980r. Podejrzewam, że nawet i później nie będzie pięknie, bo obecne wydarzenie niezbyt pozytywnie odbijają się na młodych.

Wiem, że to brutalne i nietaktowne i niesamowicie chamskie, ale póki co każdy bezpośrednio skażony Solidarnością ciągnie tylko Polskę w dół. Krew mnie zalewa, kiedy przy byle okazji byle kto, a w szczególności związki zawodowe jako naczelne dziwki polityczne, wycierają sobie brudne gęby Solidarnością.

Każde państwo, naród potrzebuje czegoś czym mógłby się chwalić, aby mieć dobrą opinię, szacunek. Dlatego też stara się jak najbardziej wybielić swoje przewinienia i jak najmocniej chwalić się przed światem tym co chwalebne. My w Polsce też nie jesteśmy uczeni o niegodziwościach naszych historycznych przodków, oburzamy się jako naród gdy mówi się o Jedwabnem, nie rozumiemy co takiego mają przeciw nam Rosjanie za Moskwie w 1612r. Inne narody robią to samo tyle, że mają większą siłę przebicia. A Polacy: Polacy potrafią się tylko oburzać i marudzić pod nosem.

Potrzeba Polsce lepszej promocji, głośnego mówienia o naszych zasługach, chwalenia się Cudem nad Wisłą i Solidarnością. Kiedy w podręcznikach na zachodzie kształtuje się obalenie muru berlińskiego jako upadek komunizmu, my musimy mówić światu głośno o Wałęsie i Okrągłym Stole. Potrzebujemy Wałęsy jako symbolu, bez względu jakim by był. Zamiast wykłócać się z nim należałoby dać mu się puszyć na wykładach, aby mówił młodzieży i zagranicznym dziennikarzom jaki jest wielki.

Teraz jest fantastyczna okazja, żeby się promować na świecie i przypomnieć o sobie. Tyle, że zamiast zewrzeć siły dla ogólnego dobra, zawiste szuje wolą zrobić rozróbę. I tak zamiast wrażenia, że polacy to fantastyczny naród gotowy do wielkich rzeczy, będziemy nadal uważani za kłócącą się dzicz. I nie widze ratunku, póki ta zawzięta dzicz nie zniknie z powierzchni ziemi. I mam to gdzieś, że moje dzisiejsze wrażenie jest „zbyt ostre”, chamskie, nietaktowne.

Palikot

Ostatnio olewam politykę, bo krew mnie zalewa. Przez okres jakiś 5-3 lat (zależnie od punktu widzenia) interesowałam się nią mocniej niż standardowy człowiek mojego pokolenia. W okresie kampani parlamentarnej dzień zaczynałam od solidnego przewertowania kanałów informacyjnych, a następnie serwisów internetowych. I co mi to dało? Po tym okresie czytam tylko nagłówki i z góry wiem co znajduje się w środku :-)

Najnowsze trendy w Polityce polegają na robieniu przedstawień, a przoduje w tym Palikot. Wielu się oburza na niego, ale ja naprawdę nie widzę różnicy między przedstawieniami komediowymi Palikota, teoriami spiskowymi Kaczek, mdłych melodramatów miłosnych Tuska. No może Palikot mówi trochę bardziej „językiem ludu” :-)

„Pomyślałem: jeśli im wolno, to dlaczego nie wolno mnie? Może i ja powinienem wedrzeć się do siedziby Sierpnia, przykuć dłoń do kaloryfera i zażądać od szefa związku spełnienia listy moich postulatów? Wykorzystać ich broń – maksimum terroru, minimum wysiłku? I taką oto drogą doszedłem do Listy 10+1, czyli 10+1 postulatów Janusza Palikota skierowanych do związkowców Sierpnia ’80” [źródło]

Nie widzę też różnicy między pochodem pijanych kibiców Legii ulicami miasta i demolowaniem wszystkiego na drodze, a pochodem pijanych związkowców i demolowaniem. Dlatego cieszy mnie niezmiernie to, że ktoś w końcu odpłaci się związkowcom. Podejrzewam, że Palikot i tak zrobi z tego „delikatną” reklamówkę w TV. Mi się marzy jednak zabijanie drzwi, palenie opon pod oknami szefostwa związku, syreny, demolowanie barierek itp. Jetem przekonana, że to jedyna możliwość, aby związkowcy i PiS w końcu doszli do wniosku, że na użycie siły odpowiada się działaniami policyjnymi. Być może nawet zaświta im w głowie, że to wcale nie są „demonstracje pokojowe”.

Znalazłam kolejnego bloga

Krótkowłosy pseudointelektualista

Nie przeczytałam zbyt wiele, ale spodobał mi się jeden wpis. Nie sposób się nie zgodzić z opinią, że pewna znacząca gazeta jest wiedziona zapachem pieniędzy. Nie ona jedna zresztą. We wszystkich pismach dostrzec można coraz mniej treści opiniotwórczych (a przecież to rola prasy codziennej), a coraz więcej kolorowych dodatków i prezentów dołączanych. Coraz rzadziej natrafia się na intelektualne rozważania o ważnych problemach, a coraz częściej jest to zwykłe bicie pany ku zwiększeniu sprzedaży. Przykładem jest dzisiejsza informacja „a u was biją murzynów” z jawnym zakłamaniem treści, ujawnionym przez jednego z komentujących. Ja bym jednak poszła dalej. Gazeta, która niegdyś była na tyle postępowa, że kojarzono ją z walką ze stereotypami, teraz sama je pogłębia właśnie jednym ze swych dodatków.

Nie wytrzymam

Normalnie nie wiem co powiedzieć. Natknęłam się kolejny raz na przykład jawnego debilizmu i nie mogę no…

Wyobraźcie sobie, że pewnego pięknego słonecznego dnia ktoś zarządza, że od tej pory kobiety nie mogą jeść marchewek, bo marchewka jest męskim warzywem. Mężczyźni za to nie mogą jeść pomidorów, bo pomidory są żeńskim warzywem. Czyż to nie kretynizm?

Przeczytałam właśnie, że jakaś laska lubi piwo, ale to męski trunek. Co raz słyszę, że kobieta nie powinna palić. Jeszcze kiedy indziej, że nie powinna przeklinać.

Niech ktoś poda mi biologiczne cechy, które uniemożliwiają to kobietom, a sprzyjają mężczyznom!!

Jak można być tak masakrycznie głupim i niesamowicie ubezwłasnowolnionym intelektualnie, żeby takie kretynizmy powtarzać?

Ech ci ludzie to brudne świnie …

I znów minął mi niezauważenie tydzień. Cholera! A dzisiejszy dzień nawet się rozpocząć nie zaczął. Wiosną zawsze tak mam, że kontemplacja zmian na moim ogrodzie przysłania mi cały świat. Ponadto wiosną zaczynam lubić ludzi, ale wolałabym żeby ich nie było. Lubie takie chwile kiedy mogę się zamyślić i po obcować z naturą… tyle, że przez to zaniedbuje bloga.

Kontakt ze światem zapewniają mi znajomi poprzez wklejanie mi linków. Dziś polecę jednego z nich: [link].

Oczywiście znajdzie się dość duża grupka ludzi, którzy będą oburzeni tym, jak pewne frakcje manipulują światem. Inni nie będą wierzyli w „kolejną teorie spiskową”, bo wszystko co nie idzie po linie ogólno przyjętej jest wyśmiewane właśnie takim określeniem. A mnie jakoś wcale nie dziwi mnie to co przeczytałam. Zdziwiłabym się, gdyby ktoś tego nie robił :-)

To jest cholernie brutalne, ale taka jest natura ludzka. Każdy działa na własną korzyść, a jeśli już zdarzy mu się działać na korzyść kogoś innego, to również po to, aby później coś z tego mieć. Na egoizmie i dbaniu o swój tyłek stworzona jest całą natura.

Ludzie narzekają, że politycy kradną i obsadzają rodzinkę na stanowiskach, a jak tylko sami zajmą jakieś wyższe stanowisko, jako swoich podwładnych wpierw zatrudniają swoich znajomych bez pracy… i kiedy tylko mogą załatwiają sobie i innym taniej to co mogą z racji zajmowanego stanowiska. Po co wiec ta hipokryzja i bezsensowne marudzenie? To tylko taki mały przykład hipokryzji społecznej.

Czy to naprawdę takie dziwne i oburzające, że niektóre narody starają się wybielić haniebną część swojej historii? Albo, że niektóre bardzo wpływowe kraje robią wszystko, aby wpływać jeszcze bardziej? Albo, że starają się nie dopuszczać do rozwoju innych krajów. Albo, że wykorzystują biedniejsze kraje?

Przecież w historii każdy narzekający na tyranie mocarstwa kraj, kiedy się wybił robił dokładnie to samo. Przecież Polska też tuszuje swoje haniebne występki historyczne i nie jesteśmy o nich uczeni w szkole. Przecież nie ma człowieka, który nie próbowałby się przedstawiać w jak najlepszym świetle, chyba, że w oczernianiu siebie ma jakiś cel.

Im bardziej obserwuje pewne aspekty społeczne człowieczeństwa tym bardziej przestaje się nimi przejmować. Nie widzę możliwości, że świat stanie się lepszy, nie w kwestii polityczno-gospodarczo-społecznej. Nie ma szans, żeby zniknęła nienawiść, wyzysk, hipokryzja, obłuda. Jedyne co może zniknąć z powierzchni Ziemi to uczciwość i wszelkie pokrewne słowa. Coraz mniej przejmuje się światem. Coraz bardziej cieszy mnie przeświadczenie, że koniec cywilizacji ludzkiej zaczął zbliżać się coraz szybciej.

Chyba jednak nadal nie lubie ludzi … :-)

Teoria względności czasu

Jako by nie było są/będą niedługo jakieś tam święta. National Geografic lub jakiś inny program, który katuje zawsze w święta od 8 rano mój ojciec, ogłasza co godzinę coraz nowsze teorie odnośnie prawdziwego oblicza tego co przez 2tys lat poprzekręcał Kościół Katolicki.

Postanowiłam i ja nawiązać do święta i przypomnieć iż mam taką oto kategorie na blogu: [kategoria]. Kiedyś tam doszłam do wniosku, że rola Jezusa i Judasza z tego właśnie musicalu jest tym co sprawia, że warto być facetem ;] Aczkolwiek inny muzycy z tej wersji również są świetni. Np ten od św. Piotra ma dobry głos i gdzie indziej były „gwiaździorem”. Tu jestem jest przytłoczony przez Teda Neeley’ego i Carla Andersona. Piłat świetny ma głos i najlepiej spisał się aktorsko, ale ma zbyt poboczną role i trzeba się wczuć i dotrzymać do 23 kawałka żeby usłyszeć i zobaczyć tą jego genialność. No cóż. Nie trudno się domyślić, że musical jako całość uważam za najlepsze co w muzyce powstało w ciągu ostatnich 100 lat ;]

A teraz o względności czasu: kompletnie nie zdawałam sobie sprawy z tego ile to już mineło od ostatniego wpisu. Czas pędzi jak oszalały, a mi w głowie tylko ptactwo ogrodowe ;] Zyje jednakże tyle, że w stanie wiosennego zamyślenia o niczym i kontempletacji przyrody.

Co ja mogę powiedzieć?

Cóż można powiedzieć kiedy głupota ludzka po raz kolejny przerosła moje wyobrażenia?

Wczoraj w TV rano widziałam nius o ewakuacji pewnego szpitala dziecięcego w Łodzi bodajże. Inspektorat nadzoru budowlanego zadecydował o niej w związku z złym stanem stropu. Ponoć mógł się on w każdej chwili zawalić. Część ludzi posłusznie przeniosła się do innego szpitala. Jak zwykle jednak ktoś musiał pokrzyczeć i ponaoburzać się do kamery.

Co mówi kobieta krzykliwa kiedy dowiaduje się, że na jej dziecko może spaść sufit? Mówi, że ona nie ma zamiaru się przenosić, bo jej i dziecku jest dobrze, bo opieka jest dobra. Inna w tym czasie mówi, że to są przecież małe dzieci i jak tak można przenosić je jak zwierzątka do schroniska?

Pierwsza była wymalowaną blondyna z długimi całkiem, czerwonymi pazurami. Z oczu było widać, że krzykliwa i chętna do kamery. Druga wyglądała normalnie, ale o co chodziło z tymi zwierzakami? Że niby zwierzętom należy się ratowanie ich życia, a dzieciom nie? :-)

Jedyne co przyszło mi na myśl to to, że gdyby ten sufit naprawde spadł im na głowe, to też najgłośniej by krzyczały. Tym razem, że ich nie ewakuowano. Kolejny raz doszłam do wniosku, że nie moge czytać/oglądać różnego rodzaju wiadomości i for internetowych (jeśli ten wyraz w ogóle się odmienia przez przypadki ;] ), bo coraz bardziej nielubie ludzi. Nie wszyscy są tacy, ale jednak większość wydaje wyroki zbyt pochopnie, według stereotypów, „własnej dupy”, bez zastanowienia, bez refleksji nad racją drugiej strony, tak jak mówi większość. Niektórzy dodatkowo są wyjatkowo krzykliwi… Wolałabym chyba żyć bez internetu i telewizji, nie wiedząc jak głębokie jest to zjawisko.

Próbka mojego nowego telefonu

Właśnie dlatego wybrałam telefon, który inni nazywają „starym”… Jak się ciesze, że przyszedł cały i zdrowy, że nie zacina się joystick, że ma tylko 2 malutkie/niewidoczne bez przyglądania zdarcia, że przesłona aparatu nie lata. Marudziłam strasznie, ale warto było :-)

Machlojki na allegro

Nie było mnie długo na blogu. Po pierwsze to przez kilka dni miałam zepsuty internet, a dokładnie przetarty kabel gdzieś na zewnątrz domu. Po drugie kupowałam telefon na allegro ;] Nabrałam dużo doświadczenia, więc podzielę się nim z wami.

Chciałam kupić całkiem dobry telefon, ale całkiem tani. Jestem pragmatyczką do przesady. Telefon ma dzwonić i wysyłać smsy. Ma mieć kalkulator, bo w sklepach wszystko wyliczam (a, że jestem po studiach technicznych, to obsługę kalkulatora mam opanowaną na zasadzie prostego odruchu bezwarunkowego, kiedy tylko trzeba coś obliczyć). Aparat uważam za zabaweczkę niekonieczną, ale przydatną. Ponadto nic mi więcej nie potrzeba. Telefon jest tylko telefonem i ceny powyżej 500zł uważam za przesadę (no chyba, że zacznę zarabiać grubą kasę, ale i wtedy będę wolała pojechać na wycieczkę, niż wydawać na bzdety). Skupiłam się zatem na Sony Ericssonach K800i. Najlepsze aparaty w swojej klasie za przystępną cenę. Nokie czy Samsungi w tej klasie cenowej maja dużo gorsze aparaty.

Wybierałam z początku marudnie. Raz zalicytowałam, bo oferta była świetna i nikt z 4 osób nie zauważył nic niepokojącego. Wygląd opisany na 4+, czyli liczyłam się z nieznacznymi ryskami, ale przecież ze swoim nieposzanowaniem dla gadżetów i ogólnie przedmiotów (przedmiot to tylko przedmiot), jestem w stanie najnowszy telefon dość szybko doprowadzić do stanu zarysowania. Żebyście widzieli mój teraźniejszy, już ponad 6-letni telefon…

Dopiero tuż przed wpłaceniem pieniędzy, moja bardzo nieufna i marudna mama wypowiedziała wiekopomne zdanie, od którego się zaczęło: „A co to jest to czarne?” Skopiowałyśmy zdjęcia na komputer i oglądałyśmy dokładnie w ogromnym powiększeniu. Niepewne 2 miejsc zapytałam przez maila sprzedającego. Okazało się ostatecznie, że czarna kropka to nie cień, ani plamka, ale spory odprysk naroża. Okazało się ponad to, że na dole nie ma refleksu od lampy, ale jest pokaźne wgniecenie. W mailu zostałam uświadomiona, że telefon nie został stuknięty, a wgniecenie nie przeszkadza w obsłudze klawiatury. Acha.. tylko dlaczego na jednym zdjęciu wyraźnie widać, że klawisz tusz obok wgniecenia ma trochę inny kolor, jakby inaczej padało na niego światło?

Anulowaliśmy aukcje za porozumieniem stron. Następne aukcje sprawdzałam już tak jakby każdy chciał mnie oszukać. Za każdym razem powiększałam zdjęcia i szukałam wątpliwych miejsc. Przy każdym telefonie sprawdzałam „logiczność opisu”. Zdarzało się, że ktoś opisywał telefon jako 3-miesięczny na gwarancji, a w rzeczywistości okazywało się, że jest z komisu (niektóre komisy dają tak długie gwarancje) i na ładowarce jest przejściówka. Wystarczyło przyjrzeć się pieczątce na karcie gwarancyjnej, a następnie poszperać w Google, alby przekonać się, że telefony są z zagranicy ;]

Szczyt głupoty przeżyłam, kiedy Paulinka, poproszona o dodatkowe zdjęcia komórki (na aukcji były tylko 2 i to pod takim kątem, że trudno było zweryfikować), przesłała mi 4 zdjęcia skopiowane z 2 różnych aukcji. Nie dość, że widziałam takowe na pierwszej stronie listy, to jeszcze przedstawiały telefon na tle 2 różnych stołów. Mało tego!! Na zdjęciu z aukcji telefon nie miał loga żadnego operatora nad klawiaturą menu, na zdjęciu przesłanym przez Paulinkę wyraźnie miało. Do tego, jak tylko odezwałam się do Paulinki, cena telefonu skoczyła o 50zł, by następnego dnia spaść o 20zł i ostatecznie zostać sprzedanym o kolejne 40zł taniej.

O niewyraźnych zdjęciach robionych aparatami z komórek (i to co najwyżej 1,3 MegaPixela), robionych pod światło, robionych tak, że nic nie widać, nie będę pisać. Takich aukcji jest 50%.

Muszę jednak przyznać, że są uczciwi i rzetelni sprzedający. Niektóre telefony mają więcej zdjęć wad obudowy, niż tych „ładnych”. Czasem usterki wskazane są kółkami i strzałkami. Przekonałam się, że lepiej kupić drożej telefony od takich właśnie sprzedawców, niż ufać tym niepokazującym przedmioty jednej strony, robiącym zacienione lub przesadnie oświetlone zdjęcia.

Zamówiłam kolejny telefon i to 30zł taniej. Tym razem znam każdą rysę na nim, ale po tym co widziałam, boję się tego co możę przyjść do mnie paczką.

Wierność i ładne nogi

Czy ja już na blogu pisałam o tym co w męskim ciele lubię najbardziej? Oczywiście dla każdej kobiety (poza zakonnicami) z męskiego ciała przydatne są jedynie genitalia… estetycznie jednak popularna jest jakaś dziwna nagonka na męskie pupy. Nie rozumiem tego, gdyż nie ma nic bardziej pokrętnego niż wychudzony samczy tyłek, jak również nic bardziej aseksualnego, niż jędrne/sprężyste/sterczące/kobiece pośladki u mężczyzny.

Ja najbardziej cenie sobie męskie nogi! Wcale nie muszą być jak z starożytnych posągów greckich czy rzymskich. Mogą być chude i kościste, ale muszą mieć odpowiednie proporcje i zaokrąglenia.

Z pośród sportowców najładniejsze nogi mają tenisiści, tak więc lubuję się w tenisie. Dziś na siłowni spoglądałam na cudne nóżki Federera i Vardasco, a koło mnie chodzili paskudni/nieproporcjonalni faceci z przyrostem guzów (bo czasem ciężko to „coś” nazwać mięśniami na pierwszy rzut oka).

Ponieważ moje myśli często zmieniają tor, z zastanawiania się nad idealnymi proporcjami łydek i ud oraz kontemplowaniem załamań w sferze kolanowej, przeszłam na kwestie wierności. Bodźcem do zmiany tematu było zdanie sobie sprawy z tego, że inni mężczyźni są dla mnie jacyś tacy aseksualni. Zaczęłam zastanawiać się nad tym skąd bierze się we mnie tak silne poczucie, że zajęty mężczyzna jest bezpłciowy, jak również, że wszyscy są bezpłciowi kiedy ja jestem zajęta kimś.

Doszłam do zatrważających wniosków. Otóż ja kompletnie nie jestem w stanie być wierna żadnemu mężczyźnie. (Wierność definiuje przez to co powszechnie okazuje się w filmach i reklamach płatków śniadaniowych)  Nie potrafię się zarżeć, że będę zawsze z jednym jedynym. Zdaje sobie sprawę, że ludzie się zmieniają, że idealna para może się rozwinąć w osobnych kierunkach i już do siebie nie pasować, że najsłodszy króliczek może stać się wredną psią samicą, a najcudowniejszy misiek-pysiek może po paru latach być tylko męskim nieparzystym genitaliem. I nie chodzi tu o to, że rezerwuje sobie pole do zdrad i zerwania. Rozumiem, że ja też mogę się zepsuć i być może kiedyś nie da się ze mną wytrzymać. Nauczyłam się po prostu, że w życiu różnie może być i lepiej się nie zarzekać, coby nie narazić się na śmieszność.

Kwestia nie zdradzania jest dla mnie kwestia uczciwości i nie robienia krzywdy komuś. Nie potrafiłabym dawać komuś nadziei, że np. będziemy parą, kiedy ja tylko się bawię do czasu odnalezienia księcia z bajki, albo na parę chwil zanim wrócę do swojego faceta. Tak samo nie potrafiłabym (chyba, bo może mi się odmieni) dawać komuś złudzeń, że jest super i myślę o nim, a tym samym momencie tarzać się z kimś innym. Już wolałabym zadzwonić i powiedzieć, że zaraz nie wytrzymam i się puszczę ;] Nie macie pojęcia jaki szok przeżyłam podsłuchując rozmowę 2 studentów mechaniki, o koleżance, która kręci na raz z 3 chłopakami. Rozmawiali o tym jakby to była najnormalniejsza sprawa na świecie i jakby ona była diamentem bez skazy. A dla mnie to był zamach na moje poglądy moralne.

Tyle, że kwestia uczciwości wobec czyjegoś zaufania jest jednym, a tak samo rozumiana uczciwość wobec kogoś, kto sam nie legitymuje się nią wobec mnie jest czym innym. Czy ktoś kto kiedykolwiek zdradził może oburzać się na zdradzenie go? Czy „ale przecież mi wybaczyłaś/łeś” jest wytłumaczeniem? W tym przypadku jedyne co jest warte uczciwości to swoje uczucia i zasady. A zasady mogą się zmienić. Jakże w tym przypadku ciężko było by facetowi żyć tak żeby mieć pewność, że ktoś kto nie czuje potrzeby wierności jednak przestrzega.

Tak więc kolejny raz okazało się, że te bajeczki romentyczne są bujdą. W życiu liczy się prosty rachunek…

Po 4 piwach nic nie brzmi tak dobrze jak „Strawberry fields”

Nie potrafię wyrazić tego co przeszywa moje ciało kiedy słyszę pierwsze nuty tego utworu, ale muszę przyznać, że nigdy nie brzmi tak dobrze jak po 4 piwach ;]

Nie będę już nic mówić…

„Let me take you down,
’cause I’m going to Strawberry Fields.
Nothing is real and nothing to get hung about.
Strawberry Fields forever.”

Z okazji „Dnia Kobiet” …

Dziś jest „Dzień kobiet”. Dokładnie nazywa się to „Dzień obskubywania frajerów przez przemysł kwiaciarski”. Dzień ustanowiony na pamiątkę ruchów walczących o dopuszczenie kobiet do życia publicznego. Dzień, który powszechnie miał przypominać drugiej połowie świata, że kobiety są równowartościowymi stworzeniami.

Po 100 latach od pierwszego „Dnia kobiet” mamy do czynienia z kompletnym pomieszaniem. Oto w ten dzień wielu prawdopodobnie-mężczyzn lata z rana/po pracy/po szkole do kwiaciarni, aby kupić swym niesamowicie „kobiecym kobietom” kwiatka, jednocześnie podśmiewając się z manifestacji feministek, bo to przecież babo-chłopy. Niektóre kobiety oczywiście szydzą z kwiatków, jednak większość się ich domaga, nie zdając sobie sprawy, że tym samym pogłębiają bzdurny stereotyp, zaprzeczający idei w imię której ustanowiono ten „Dzień”. Bo niby dlaczego dla kobiet należy kupować kwiaty, zwłaszcza, że one się niczym równorzędnym nie rewanżują?? No tak: kwiatki i takie tam bzdury należą się tylko kobietom, mężczyźni są na to zbyt poważni. Co więksi bezmózgowcy, nie silący się na zadumę w tym dniu, śmią nawet nazywać ten „Dzień” „świętem” ;]

„Dni” ustanawia się na czyjąś/jakąś cześć lub w celu zwrócenia uwagi na pewne problemy. Z jakiej racji osobom podpadającym pod dany „Dzień” należą się prezenty i życzenia? Czy jeśli 1 grudnia pójdę gdziekolwiek z kwiatkami i uśmiechem na ustach, złoże życzenia wszystkim chorym na AIDS z okazji tego, że są chorzy, to czy to będzie równie „miłym gestem”?? Zapewne robiąc to wzbudziłabym głębokie oburzenie wśród tych, którzy dziś zasilali budżety kwiaciarni.

Czy w takich okolicznościach, w tych wszytskich stareotypach o kobiecości i kwiatkach, obdarowywanie nimi nie jest głosnym powiedzeniem „jesteś głupią kurką i masz swoje 5 minut” ?? Czy nie jest to kompletne zaprzeczenie idei tego „Dnia” ??

Post

Taka mała uwaga:

Gdyby zbadać ilość osób głęboko wierzących, na podstawie ilości osób obchodzących ostatki i tłusty czwartek, wyniki byłyby zatrważające. W rzeczywistości jednak poszczących ((tak naprawdę, a nie dla picu nie jedzących mięsa w piątki) jest niewielu.

Ale z tego wszystkiego i tak najcudowniejsze jest to, że wśród tak zwanych „młodych”, przez post rozumie się zasadę: nie można jeść mięsa w piątki (a nawet przez cały post), ale schlać się jak świnia można jak najbardziej ;]

Szał ciał i wielki bulwers

Ostatnimi dniami mamy do czynienia z strasznym zbulwersowaniem narodu polskiego. Biorąc pod uwagę jak bardzo naród polski się bulwersuje, można by powiedzieć, że to nasza cecha narodowa ;]

Pewien dawny polityk jest szczęśliwy (nawet jeśli to tylko jego złudzenie), wiec staje się naturalnym obiektem ataku. To przecież takie naturalne, że człowiek szczęśliwy jest złem wcielonym i wzbudza bulwersując. Bawi mnie jednak to do jakiego stopnia doszło to wszystko.

Bulwersuje się każdy. A to nagle okazuje się, że człowiek nie ma prawa do rozwodu i bez względu na to w jakiej sytuacji rodzinnej się znalazł, musi w niej tkwić, bo nagle wszyscy kultywują wartości chrześcijańskie. A to jakaś zawistna baba nagle oburza się językiem narzeczonej, choć sama lepszego języka nie stosuje. Nagle okazuje się, że rozmawiający normalną, zwyczajową polszczyzną musi być idiotą, bo nie odzywa się „językiem wyższym”. Nagle wszyscy robią się poważni i nie tolerują żartów (w szczególności tych głupkowatych), wszak nikomu normalnemu takie żarty się nie zdarzają. Najciekawszym odkryciem ostatnich dni było to, że status narzeczonego/narzeczonej nie jest związany z oficjalna zgoda na zawarcie małżeństwa w przyszłości, lecz statusem cywilnym (zamężny mężczyzna, w trakcie rozwiązywania małżeństwa, nie może nazywać narzeczoną kogoś, komu się oświadczył ze skutkiem pozytywnym).

Wszyscy tacy święci, intelektualni i wspaniali…. tylko jakoś nie widać tego na ulicy…

Największą jednak radość sprawiają mi krytycy polityczni. Niegdyś ośmieszali, bo przecież to był „marionetkowy premier”, zwyczajny nauczyciel fizyki sterowany przez wodza. Jednym słowem był beeee, nieważny, nieistotny, starano się go zmarginalizować. Potem „marionetkowy premier” stał się super bohaterem, który postanowił wybić się z szeregów i za to został stłamszony i wygoniony, dla innych stał się nadzieją. Teraz tego „marionetkowego premiera” gani się za to, że nic nie zrobił kiedy był premierem i nagle to jego wina (a przecież mówiono, że nic nie mógł zrobić).

Wszyscy ganią pewne partie za brak demokracji wewnętrznej, za to, że blokuje się głosy odmienne od aktualnej linii politycznej, ze zamyka się usta jej politykom. A kiedy ktoś ma tego dość i wychodzi z niej, nagle wszyscy zaczynają od niego wymagać, aby żył według standardów, od których przecież odszedł.

Zewsząd słychać głosy oburzenia i zbulwersowania zachowaniem pewnego polityka, pewnej stacji TV, pewnych gazet. Tym, że ten płytki temat o bardzo niskim poziomie w ogóle wypłynął. Nikt nie zwraca jednak uwagi, że wypływa on dla nich po to żeby mogli popsioczyć, że to oni są na niskim poziomie, bo interesują się tym, bo kupują to, bo wszyscy zarabiają na tym, że oni się bulwersują. Nikt nawet nie puknie się w głowę i nie pomyśli na jak niskim poziomie i jak bulwersujące jest wtykanie nosa w prywatne sprawy innych osób i publiczne ich komentowanie…

Wszyscy lubią czuć się lepiej. Nie wszystkich jednak stać na „wysoki poziom”. O wiele łatwiej jest sprawić tak, aby zdewaluować poziom innych.

Ornitologicznie

Dookoła mnie robi się coraz bardziej odludnie, a zarazem coraz bardziej ptaszyście. Można powiedzieć, że ptaki ilością jak i różnorodnością jakieś 2 lata temu dorównały do poziomu z dzieciństwa, a rok temu znacznie ten poziom przekroczyły. Jako miłośnik przyrody i wróg cywilizacji ucieszyłam się niezmiernie ;]

Do 4 roku studiów Juwenalia w moim mieście odbywały się na początku czerwca, kiedy to wiele wszelakich szkół prywatnych i lżejszych kierunków ma już wolne. My jednak na budownictwie w tym okresie ostro zapierniczamy z projektami. Na 4 roku Juwenalia odbywały się w maju, zatem w końcu mogłam w nich uczestniczyć pełną gębą. Pewnego dnia wracałam sobie do domu około 2 w nocy. Wtedy pierwszy raz w życiu usłyszałam tak piękny śpiew. Cała melodia, składająca się z 5-6 zwrotek, śpiewana donośnym głosem w całkowitej ciszy, w parku na przeciw. Usiadłam na kamieniu pod domem i słuchałam tego ptaszka do 4 w nocy. Później robiło się coraz cieplej i świt nastawał coraz wcześniej. Ptaszek również coraz wcześniej się uaktywniał. W kluczowym momencie śpiewał już około 23. W tym okresie koło parku toczyła się budowa. Myślałam, że to może w związku z hukiem, ptaszkowi pomyliło się i śpiewa dopiero po nastaniu ciszy.

W następnym roku zaprzestano budowy i nastał okres zatrzęsienia ptactwa. Pierwszy raz na moim ogrodzie widziałam kosa. Przeżywałam ataki szpaków, w szczególności po ścięciu trawy, kiedy robaki były łatwo dostępne. Gawrony i kawki postanowiły zasiedlić park nieopodal i przelatywać nad moim ogrodem. Był też jakiś pięknie śpiewający ptak, tym razem jednak śpiewał troszkę krócej i jakby ciut inaczej, wieczorem przed zmierzchem, a nie w nocy.

Teraz jest już wiosna, choć znów jest zimno i pada śnieg ;] Czarne ptasiory gromadzą się i coś kombinują. Czasem robią zloty na nowo wybudowanym (jeszcze nie do końca – na razie jest tylko stan surowy). Już powoli robią sobie gniazda. Kos zagarnął mój ogród jako swój teren i odgania inne ptaki o podobnej jemu wielkości. Sikorek jakoś nie rusza, więc te spokojnie przylatują gromadami po kasze i suchy pokrojony chleb. Od czasu do czasu przylatuje nasza znajoma sójka. Sroki są rzadziej (a kiedyś miały u nas gniazdo i 3 lata z rzędu obserwowałam rodziców i młodocianych). Czasem widać inne ptaki, których jeszcze nie rozpoznałam.

Ponieważ sezon na ptactwo się rozpoczyna, znów wszczęłam swą edukacje ornitologiczną. Z tej okazji chciałam polecić fajną stronę z głosami różnorakich ptaków, niestety bez zdjęć. Przy okazji opowiedzieć o moich przypuszczeniach:

Rok temu, tym śpiewającym ptakiem, bez żadnych wątpliwości był kos. Widzieliśmy go z bliska.
Śpiewał dokładnie tak: Kos

Dwa lata temu śpiew był jednak inny i o innej porze. Bardziej przypominał ten: Słowik Szary 1, Słowik Szary 2. Całkiem podobnie, jednak bardziej donośnie i z wyraźnymi seryjnymi „uderzeniami językiem” (nie wiem jak to inaczej nazwać). Ponadto przeczytałam, że „woli śpiewać z wyżej położonych miejsc (do 10m)” oraz „W Polsce słowik szary należy do ptaków średnio licznych lęgowo. Przylatuje do nas w kwietniu-maju, a odlatuje w sierpniu-wrześniu.”… co się również zgadza. Tylko, że słowik w centrum miasta? I to w dodatku tylko przez rok, kiedy w następnym roku słychać było śpiew podobny (jak dla mało wprawionego muzycznie i mało obeznanego ornitologicznie ucha).

Mało tego: Pamiętam dokładnie przepiękną piosenkę Beatlesów, z której wynikało, że to kos śpiewa nad ranem ;] Szkoda, że nigdzie nie ma opisanych godzin, w których ptaki śpiewają zazwyczaj…

A na koniec tego, zapewne nudnego, wywodu o ptaku, który niesamowicie mnie zauroczył/zniewolił 2 lata temu … wyżej wspomniana piosenka:

Z okazji walentynek…

Chciałabym wyrazić jak wielkie uwielbianie czuje do Ole Einara Bjoerndalena. Od dziecka go uwielbiam. Gość jest niesamowity, choć ostatnio nie stara się tak bardzo. Wcale mnie to nie dziwi, bo ile można być najlepszym na świecie? Niech on sobie biega spokojnie dla radości, a ja i tak będę patrzeć na niego z podziwem ;]

Wyniki z dzisiejszego biegu:

Mistrzostwa Świata, sprint mężczyzn, 10 km:

1. Ole Einar Bjoerndalen (Norwegia) 24.16,5 (2 karne rundy)
2. Lars Berger (Norwegia) strata 1,2 (2)
3. Halvard Hanevold (Norwegia) 12,5 (0)
4. Alexander Os (Norwegia) 24,6 (1)

<jupi>

Gdybym miała być sportsmenką chciałabym być biatlonistką. Niestety: nigdy nawet nie miałam profesjonalnych nart na nogach…

« Older entries Newer entries »