Tęsknie za dawną sobą

Czasem nachodzi mnie na słuchanie muzyki z młodości, wspomnienia i tęsknoty. Co najdziwniejsze, nie tęsknie za ludźmi z którymi nie mam już kontaktu, za miejscami w jakich bywałam, ale za tym jaka byłam kiedyś. Nie wiem nawet kiedy ktoś mi odebrał całą spontaniczność, frywolność i radość życiową. A może to naturalny efekt starzenia się?

Dzisiejszy dzień sponsorują Gunsi : [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12]

Nie lubie feministek

Może jestem jakaś zacietrzewiona czy coś… Może ten temat tak mnie interesuje, bo w pewien sposób jest mi bliski. W rozmowie ze mną ludzie dochodzą do dwóch sprzecznych wniosków: że jestem feministka najgorszego sortu, czyli tak zwanym babo-chłopem, albo wręcz przeciwnie, że jestem antyfeministką.

Ostatnio trafiłam na 2 takie feministyczne obiekty w prasie i TV, które znów wznieciły moje rozmyślania w tym temacie. Jednym z nich była jakaś tam doktor czegoś tam. Kobieta opowiadała jak to jest być feministką w Polsce i mówiła o tym co ją denerwuje w tym jak inni ją widzą i o czym z nią rozmawiają, co z kolei rozszerzyło się na rozmawianie ogólnie o dyskryminacji kobiet. Takie modne pogaduchy z cyklu „nie wiem co napisać, ale dziabnę coś modnego”.

Początkowo Pani ta zrobiła na mnie wrażenie. Pomyślałam sobie, że oto mamy sensowną feministkę w Polsce. O mojej pomyłce dowiedziałam się brutalnie, kiedy rozmowa zeszła na cycki i tyłki. Zdaniem tej Pani zaglądanie w dekolt jest dyskryminogenne (to mój wkład w polszczyznę, a nie słowo tej Pani), ponieważ jest seksistowskie, a do tego w rozmowach służbowych wpływa na stwarzanie relacji poniżających kobietę, dewaluującej wartość jej wypowiedzi, peszącej ją. Kobiety często traktowane są jak maskotki, a nie jak partnerzy. Pani ta podawała inne przykłady, z którymi nie sposób się nie zgodzić. Np zwracanie się przełożonego do kobiety o stopniu doktora określeniem „Pani Agnieszko”, do mężczyzny natomiast „Panie doktorze”, jest objawem stosunku jaki przełożony ma do wartości dorobku naukowego swoich przełożonych. Jest jeszcze masa takich innych „grzeczności” wypracowanych w społeczeństwie, które demaskują role kobiet w danych aspektach służbowo/zawodowych. Wracając do piersi: zostało wyjaśnione, że patrzenie na nie w czasie rozmowy uwłaczające jest straszliwie. Tu padło pytanie o to czy Pani Agnieszka patrzy na tyłki innych facetów. Patrzy. Nastąpiło pytanie o to czy nie uwłacza mężczyznom jako jej rozmówcom to, że po rozmowie z nimi Pan Agnieszka mierzy ich wzrokiem. Otóż: NIE. Gapienie się na tyłki mężczyzn nie jest seksistowskie, uwłaczające, mężczyźni przez to nie są traktowani jak mięso do sex-szenia się. Dlaczego: bo dupa jest z tyłu, a nie przodu.

Zgodziłam się z Panią Agnieszką co do tego, że wiele zachowań, grzeczności tak naprawdę są tylko symptomem braku poważania kobiet na gruncie zawodowym/naukowym. Ten sam mechanizm funkcjonuje nie tylko służbowo, ale też w zwykłej codzienności. Na każdym kroku mężczyźni jak i kobiety traktują kobiety jako takie biedne kurki, którymi musi się opiekować prawdziwy samczy samiec. Sensowne feministki, tak zwane babo-chłopy widzą to. Tyle, że te zachowania nie dyskryminują tylko kobiet, ale też mężczyzn.

Przykładem czysto lajtowym jest komunikacja miejska i zasada, że mężczyzna powinien ustąpić kobiecie. Logicznie byłoby gdyby istniała zasada, że ustępuje bardziej zmęczony, tyle, że to mężczyźni wykonują najcięższe prace, a w przypadku dzieciaków wracających z zajęć na studiach nie ma tu już żadnych przesłanek. Sytuacja odwrotna spowodowana jest bezsensownymi względami kulturowymi. Po wcześniejszych wiekach kultywowana jest wizja bezbronnej kobiety i mężczyzny, który musi zadbać o nią i troszczyć się, bo ona-głupia gąska sama nie da rady. Nie da rady też zajmować się tematami tak ciężkimi jak np polityka czy gospodarka, bo jest nieodporna psychicznie i często miewa migreny. Jej nieporadność przeszkadza jej nie tylko wchodzić do karety, ale też zajmować się nauką i finansami. Jest bezradna, więc ma tylko siedzieć i pachnieć. Może się co najwyżej zająć czymś w domu, bo to zajęcie przecież tak błahe, że powinna podołać. Z drugiej strony mężczyźni sami tym dowalają sobie, bo przecież to oni cierpią katusze stojąc w chorobie czy słabościach po harówce fizycznej.

Przykład hardcorowy: dzisiejszy wypadek. Wojewoda czy ktoś tam inny wypowiada się w telewizji słowami: „zginało 18 osób w tym 4 kobiety”. Dlaczego wartościuje się życie ofiar różnych wypadków? Dlaczego mówi się o tym jakby śmierć mężczyzn byłą mniej „niezwykła” niż śmierć innych? Albo z drugiej strony, dlaczego kobiety wymienia się wśród słabych i niedołężnych? Niby błaha sprawa, ale jakiego znaczenia nabywa kiedy np. tonie statek i mężczyźni są odpychani, bo na początku ratować mogą się tylko kobiety, dzieci i starcy. Tu feministki się nie oburzają. Ja się oburzam, bo kobiety pozwalając na nierówne/wyższe traktowanie w przypadku gdzie odnoszą korzyści, a za zarazem stawianie na równi z niedołężnymi i potrzebującymi pomocy, pozwalają tym samym na utarcie tego samego stereotypu, który pracodawcom mówi, że nie nadaje się do „męskich stanowisk”. Za to nie lubię feministek.

Skąd się bierze troska o naturę?

Zaczynają mnie zastanawiać ludzie chcący na siłę ratować Ziemię, foki, wilki, klimat, wszystko. A tak dokładniej to efekt który chcą uzyskać.

Można sobie kochać przyrodę, zwierzątka, rozczulać się pięknem życia jako fenomanalnej siły. W zasadzie sama w dzieciństwie fascynowałam się tym jak skąplikowane i piękne jest życie samo w sobie. Tyle, że co to ma wspólnego z maniakalnym płakaniem za wymierającymi gatunkami i utrzymywaniem na siłe ostatnich kilku owadów na ostatnim stanowisku? Zycie w tym swoim „pięknie” brutalnie wybiło już miliardy gatunków. O ile można się oburzać nad celowym wybijaniem tygrysów tasmańskich i rozczulać filmem z ostatnim żywym osobnikiem, to dlaczego by płakać po gatunku, ktury natura sama wybija, bo już jest nieprzystosowany/za słaby do życia? Przecież powstawanie i ginięcie gatunków jest najnaturalniejsze w naturze.

Podobna sprawa ma się z klimatem. Niektórzy roztrząsają zmiany klimatyczne z ponktu widzenia ludzkości, ale co ich obchodzi co będzie za 100 lat jak nie będzie ich na świecie? Inni zagrożeń dla natury. Tyle, że to właśnie w okresach znacznie wyższych temperatur najbujniej rozwijało się życie na Zimi.

Jeszcze inni na tej samej zasadzie boją się napływu innych kultur do Europy… a przecież współczesna europa wzieła się z upadku starej europy i najazdu „innych”…  upadki imperiów, systemów społecznych itp jest naturalną sprawą. Po co się tego bać? To tylko tworzy konflikty i nieszczęścia.

Zastanawiające dla mnie jest to skąd w ludziach taka konieczność zachowywania tego co już jest? Skąd lęk przed zmianami, które w zasadzie dotyczyć mogą późniejsze pokolenia? Skąd parcie na utrzymywanie świata takiego jakim jest teraz? Dużo spokojniej żyło by sie ludziom gdyby uczyli się o przeszłości, zauważali i przyjmowali ze spokojem naturalne zmiany wynikające z pewnej ewolucji społecznej/biologicznej/klimatycznej i każdej innego.

Samotność

Każdy ma jakieś tam własne potrzeby usytuowania własnego ja w czasoprzestrzeni. Każdy ma jakieś tam warunki, które muszą być spełnione, żeby czuł się dobrze. Wszystko wynika z przeszłości, z warunków w jakich mieliśmy okazje rozwijać się (celowo nie napisałam wychowywać, bo to od razu kojarzy się z dziećmi).

Można mieć różny stosunek do samotności. Ja też mam swój. Samotność w moim życiu ma ogromne znaczenie. Potrzebuje samotności. Czasem tak bardzo przytłaczają mnie ludzie, że chcialabym być niezauważalna przez nich. Co ciekawe w tej całej samotności nie lubie być sama. Wiem jak bardzo dziwnie to brzmi.

Dla mnie samotność to możliwość całkowitej odrębności, życia tak jak chce i jak lubie, tak żeby nikt nie patrzył i nie interesował się tym póki sama nie zechce mu o tym powiedzieć. A jednak potrzebuje mieć ludzi koło siebie. Kiedy zostaje sama w domu czuje się fajnie przez jakiś czas. Moge robić to czego nie moge jak są wszyscy w domu. Problem się pojawia kiedy jestem sama zbyt długo. Czasem porównuje to do psów, które nie wiedzą co ze sobą zrobić w pustym mieszkaniu. Kiedy zaczyna sie robić późno/ciemno wszytsko sie nasila. To jest paskudne uczucie. Nie wiem jakbym poradziła sobie gdybym miała mieszkać sama.

Jednocześnie w tej całej samotności odczuwałam (od podstawówki chyba) potrzebe posiadania przy sobie drugiego człowieka. Takiego, który dawałby mi poczucie bycia w 100% odrębną jednostką jedynie z nim kooperującą. Taki ktoś potrzebny jest mi do tego, żeby opowiedzieć mu o moim świecie. O mojej wizji sensu życia, o Afryce, o człowieczeństwwie, o ogórkach, o mojej podświadomości.

Zawsze miałam takie wizje idealnego faceta… takiego który słucha tego jaka jestem i pomaga mi być dzikim nieoswojonym stworzeniem, który w jakiś magiczny sposób będzie pomagał mi być taką jaką lubie być.

Chyba nie do końca mi się to udało. Chyba ciężko byłoby zachować to w normalnej codzienności. Chyba zatraciłam to w momencie włączenia się we mnie potrzeby stworzenia relacji damsko-meskich. Choć czułam, że ten mój ideał też musi być mężczyzną, to zapomniałam o tym kiedy z chłopcami/mężczyznami zaczełam miec doczynienia. Ciężko mi nazwać mężczyzną kogoś poniżej 25 roku życia – i to nie z kwestii wieku, ale cech charakteru wspołnych młodym osobom. Zresztą tak samo nigdy wcześniej nie uważałam się za kobietę.

„TO” wciąż we mnie siedzi. W dalszym ciągu jestem samotnicą. W dalszym ciągu nie sile się do tworzenia jakiś relacji w pracy czy gdzie indziej. Nadal wystarczam sama sobie, lecz chciałabym być jeszcze bardziej tamtym zdesperowanym królikiem z młodości, kiedy bylam w 100% samotna, bronia do siebie dostępu i zagrzebującą się w swoim świecie. Pogubiłam się, ale chce wrócić do siebie. Tęsknie za sobą samą.

Czasem czułam się jak „Wilk stepowy” i było mi z tym dobrze… Musze w końcu przeczytać tę książkę do końca. Kiedyś była dla mnie nudna, bo „nieodkrywcza”, ale teraz może dałaby mi kopa, żeby pielgnować siebie samą i nie stawać się babsztylem.

Kompletnie nie rozumiem dlaczego potrzebowałam to teraz napisać.

Wstrętne papierochy

Palenie papierosów mimo wielu negatywnych skutków ma jednego, niekiedy ogromnego plusa – odstresowuje, łagodzi obyczaje, pozwala się uspokoić. Ciężko jest rzucić kiedy się ma ciężki okres w życiu. Tęskni się kiedy wspomni się te przyjemne chwile „papierosek, poranne słoneczko i ja”. Miałam w życiu chwile kiedy prowadziłam zdrowy tryb życia, jak i te stresogenne. W tych drugich jest tylko jedno co mnie odstraszało od papierosów.

Oglądałam kiedyś najlepszy dokument o holokauście jaki widziałam. Nazywał się „Shoah”, polecam go gorąco. W pewnym momencie  wypowiadał się pewien Pan pracujący przy uprzątaniu komór gazowych. To jak nie tylko on, ale i inni opowiadali było więcej mówiące niż to co mówili. To było niesamowite.

Pan ten w pewnym momencie powiedział, że ludzie podczas zagazowywania dostawali mimowolnego rozluźnienia przewodu pokarmowego. Nie jest to dziwne, że tracili nad tym kontrole, ale jakoś nigdy wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z tego efektu.

Trochę później, w piękny wiosenny poranek uspokajałam zmysły na ogrodzie z fajką w ręku. Zaczęłam myśleć nad efektem „papieros + kawa = posiadówa w kibelku”, tyle że ja nie pijam kawy. Przypomniało mi się to co mówił tamten Pan i zaskoczyło coś.

Przecież to jest ten sam efekt. Czasem podobny mają też Ci od zaczadzenia. Zatrucie Cyklonem B/czadem/nikotyną powoduje w pewnym momencie reakcje w przewodzie pokarmowym. Paląc papierosy w pewien sposób serwuje się sobie mini komorę gazową.

Wstrząsnęło mną to. Najmocniej to, że kilka milionów ludzi zginało, a palacze robią sobie to dla przyjemności. Kiedy o tym myślę, kwestia niepalenia jest tak jakby kwestią … nawet nie wiem jak to nazwać, ale to nie wypada.

Nie lubię feministek, bo one nie lubią kobiet

Abstrahując od tego kto to powiedział, gdzie, czy mówił to jako funkcjonariusz państwowy, czy osoba prywatna… Ja też ich nie lubię, ale z innych względów. Zastanowiwszy się jednak nad tym tekstem dochodzę coraz częściej do wniosku, że to prawda. Widać to na forach internetowych, widać w nastawieniu tak zwanych „kobiet wyzwolonych” do tak zwanych „kur domowych”… widać to wszędzie. Bez względu na to, że feminizm ma różne oblicza, że niektóre kobiety mianujące się feministkami są w rzeczywistości tylko zdesperowanymi kurami domowymi.. bez względu na wszystko… gdyby zrobić ankietę wśród feministek odnośnie przykładowej kobiety-kury domowej, zażartej katoliczki, obrończyni ogniska domowego, przeważające głosy wobec niej byłyby gardzące, a nawet obraźliwe. A przecież to feministki powinny stać na straży wolności kobiet do robienia tego co chcą w życiu i spełniania się w tym.

Ja też nie lubię feministek, ale z innego powodu: bo feministki dyskryminują kobiety i mężczyzn. Oczywiście nie wszystkie, ale z całej różnorodności feminizmu trudno znaleźć te, które oponują za równouprawnieniem. Bo równouprawnieniem nie jest przecież lobbowanie ku własnym korzyściom i obrona własnych przywieli. Inną sprawą jest to, że osoby będące za równouprawnieniem nie powinno nazywać się feministkami, bo ta nazwa sama w sobie zaprzecza równouprawnieniu.

Feminizm ma różne oblicza. Jednym z nich była taka jedna znana (ostatnio tylko z sporadycznego szczekania w TV) kobieta (nie jestem w stanie przypomnieć sobie jej nazwiska). Uzewnętrzniała ona na antenie poglądy, które najczęściej daje się słyszeć u ust osób uznających się za feministki. W pewnym momencie powiedziała coś co dyskredytuje ją jak i środowisko w imieniu którego się wypowiadało jako osobę/grupę inteligentną. Chodziło o to, że kobietom należą się przywileje, bo kobiety muszą pracować, a do tego rodzić i wychowywać dzieci (to po przecinku jest niemal dokładnie tym co powiedziała).

Ta wypowiedz zwaliła mnie z nóg. Ta pani nie zdaje sobie sprawy, że nie dość, że podtrzymuje szkodliwe dla kobiet stereotypy, to jeszcze dyskryminuje mężczyzn odbierając im prawo do uczestniczeniu w wychowywaniu dzieci. Jaka jest zatem różnica miedzy takim feminizmem (najczęściej spotykanym w Polsce), a tym niezwykle ociemniałym ciemnogrodem mentalnym jakim jest konserwatyzm społeczny? Jedyną różnicą jest to, że feminizm domaga się za to samo kasy, stanowisk i przywieli.

Kobieta nie dość, że nie musi po pracy sama wychowywać dzieci, to jeszcze nie może odbierać prawa ojca do opieki nad dzieckiem!!

Z pewnego artykułu opisującego ankietę na dość dużej próbie wynikało, że 75% kobiet uważa, że to one powinny odbierać dzieci z przedszkola, zwalniać się z pracy kiedy dziecko jest chore. Jeszcze więcej uważało, że to one powinny iść na urlopy wychowawcze. Z tego jasno wynika, że 75% kobiet uważa, że powinna izolować mężczyzn od opieki nad dziećmi, robić z nich niedzielnych ojców. Czy w takich okolicznościach dziwne jest, że to mężczyźni z masą wolnego czasu awansują zawodowo i zarabiają więcej? Może pierwszym co feministki powinny robić w walce o równouprawnienia w drodze do kariery zawodowej, jest wybijanie tym 75% kobiet, że musza zajmować się dziećmi oraz że nie wolno im odbierać praw mężczyzn do wychowywania dzieci.

„A gdy będę umierał”

W jednym z mieszkań na osiedlu Chomiczówka policjanci, w sypialni, na półce zauważyli stojącą urnę.

Urna została zabezpieczona, a 62-letni mężczyzna stawił się w komendzie na przesłuchanie. Podczas wykonywania czynności przez policjantów, okazało się, że mąż zmarłej kobiety miał problemy z pochowaniem żony, w miejscu, które ona wskazała i dlatego tak długo przechowywał jej prochy w mieszkaniu. Mężczyzna oświadczył, że nie wiedział, iż jego postępowanie jest niezgodne z prawem.

Urna z prochami już została przewieziona na cmentarz i złożona w rodzinnym grobie. 62-letni mężczyzna odpowie teraz za przechowywanie w mieszkaniu prochów zmarłej żony.

Mężczyźnie grozi za to kara grzywny. [źródło]

To, że nie można pochować ciała gdzie się chce jest niby logiczne. Ciało ulega rozkładowi i może zanieczyszczać wodę. Niby wszystko ok. Tyle, że jeśli pomyśleć o tych wszystkich martwych chomikach, psach, kotach i innych stworzeniach domowych i dzikich, to już z lekka jest nielogiczne. Przyjmijmy, że chodzi o masowe pochówki, wszak ludzi w miastach szczególnie jest dużo i niemożliwe byłoby równomierne rozłożenie ciał, a przez to wszelakich produktów rozkładu. Mniejsza z tym.

Już dawno doszło do moich uszu, że nie można również pochować byle gdzie prochów ludzkich. Problemu skażenia w tym przypadku nie ma. Zapewne chodzi o godność po śmierci czy inne takie brednie. Tyle, że jeśli spojrzeć na to nie przez pryzmat jedynie słusznej poprawności (nawet ciężko powiedzieć jakiej, bo jak wytłumaczyć manie pochówków?), to okazuje się, że staje się to kwestia całkowitego zniewolenia ciała ludzkiego.

Mogłoby się wydawać, że jestem człowiekiem wolnym. Moge swobodnie wyrażać swoje myśli (choć czysto z założenia, bo nie wolno mi przecież „mówić źle” o pewnych grupach ludzi), mogę sama decydować o swojej przyszłości, muszę brać odpowiedzialnośc karną za swoje w pełni autonomiczne wybory. Jednak w żaden sposób nie wolno mi decydować o tym, co stanie się po mojej śmierci. Co prawda mogę sobie wybrać w jakiej będę formie (gnijącej padliny, czy też w formie sproszkowanej po odprowadzeniu do atmosfery gazów cieplarnianych), ale nie gdzie będę się znajdować. Państwo odgórnie zażyczyło sobie abym była pochowana na cmentarzu. A jeśli nie chce? Moi bliscy będą musieli popełnić przestępstwo i podmienić moje prochy. Czy zatem jestem właścicielką własnego ciała?

Wierność i ładne nogi

Czy ja już na blogu pisałam o tym co w męskim ciele lubię najbardziej? Oczywiście dla każdej kobiety (poza zakonnicami) z męskiego ciała przydatne są jedynie genitalia… estetycznie jednak popularna jest jakaś dziwna nagonka na męskie pupy. Nie rozumiem tego, gdyż nie ma nic bardziej pokrętnego niż wychudzony samczy tyłek, jak również nic bardziej aseksualnego, niż jędrne/sprężyste/sterczące/kobiece pośladki u mężczyzny.

Ja najbardziej cenie sobie męskie nogi! Wcale nie muszą być jak z starożytnych posągów greckich czy rzymskich. Mogą być chude i kościste, ale muszą mieć odpowiednie proporcje i zaokrąglenia.

Z pośród sportowców najładniejsze nogi mają tenisiści, tak więc lubuję się w tenisie. Dziś na siłowni spoglądałam na cudne nóżki Federera i Vardasco, a koło mnie chodzili paskudni/nieproporcjonalni faceci z przyrostem guzów (bo czasem ciężko to „coś” nazwać mięśniami na pierwszy rzut oka).

Ponieważ moje myśli często zmieniają tor, z zastanawiania się nad idealnymi proporcjami łydek i ud oraz kontemplowaniem załamań w sferze kolanowej, przeszłam na kwestie wierności. Bodźcem do zmiany tematu było zdanie sobie sprawy z tego, że inni mężczyźni są dla mnie jacyś tacy aseksualni. Zaczęłam zastanawiać się nad tym skąd bierze się we mnie tak silne poczucie, że zajęty mężczyzna jest bezpłciowy, jak również, że wszyscy są bezpłciowi kiedy ja jestem zajęta kimś.

Doszłam do zatrważających wniosków. Otóż ja kompletnie nie jestem w stanie być wierna żadnemu mężczyźnie. (Wierność definiuje przez to co powszechnie okazuje się w filmach i reklamach płatków śniadaniowych)  Nie potrafię się zarżeć, że będę zawsze z jednym jedynym. Zdaje sobie sprawę, że ludzie się zmieniają, że idealna para może się rozwinąć w osobnych kierunkach i już do siebie nie pasować, że najsłodszy króliczek może stać się wredną psią samicą, a najcudowniejszy misiek-pysiek może po paru latach być tylko męskim nieparzystym genitaliem. I nie chodzi tu o to, że rezerwuje sobie pole do zdrad i zerwania. Rozumiem, że ja też mogę się zepsuć i być może kiedyś nie da się ze mną wytrzymać. Nauczyłam się po prostu, że w życiu różnie może być i lepiej się nie zarzekać, coby nie narazić się na śmieszność.

Kwestia nie zdradzania jest dla mnie kwestia uczciwości i nie robienia krzywdy komuś. Nie potrafiłabym dawać komuś nadziei, że np. będziemy parą, kiedy ja tylko się bawię do czasu odnalezienia księcia z bajki, albo na parę chwil zanim wrócę do swojego faceta. Tak samo nie potrafiłabym (chyba, bo może mi się odmieni) dawać komuś złudzeń, że jest super i myślę o nim, a tym samym momencie tarzać się z kimś innym. Już wolałabym zadzwonić i powiedzieć, że zaraz nie wytrzymam i się puszczę ;] Nie macie pojęcia jaki szok przeżyłam podsłuchując rozmowę 2 studentów mechaniki, o koleżance, która kręci na raz z 3 chłopakami. Rozmawiali o tym jakby to była najnormalniejsza sprawa na świecie i jakby ona była diamentem bez skazy. A dla mnie to był zamach na moje poglądy moralne.

Tyle, że kwestia uczciwości wobec czyjegoś zaufania jest jednym, a tak samo rozumiana uczciwość wobec kogoś, kto sam nie legitymuje się nią wobec mnie jest czym innym. Czy ktoś kto kiedykolwiek zdradził może oburzać się na zdradzenie go? Czy „ale przecież mi wybaczyłaś/łeś” jest wytłumaczeniem? W tym przypadku jedyne co jest warte uczciwości to swoje uczucia i zasady. A zasady mogą się zmienić. Jakże w tym przypadku ciężko było by facetowi żyć tak żeby mieć pewność, że ktoś kto nie czuje potrzeby wierności jednak przestrzega.

Tak więc kolejny raz okazało się, że te bajeczki romentyczne są bujdą. W życiu liczy się prosty rachunek…

Nie mam pomysłu na tytuł

Przeanalizowałam sprawę filmów o gejach i samcach w ogóle.

Niedawno w TV znów leciał film o gejach. Jak można się domyślić również mi się podobał. Cofnęłam się wspomnieniami jeszcze dalej, czyli do okresu między świętami a sylwestrem. Przypomniał mi się jeden z najsłodszych widoków jakie widziałam na oczy.

Pewnej nocy nie mogłam zasnąć, wiec oglądałam film „Pokój z widokiem” z jedna z moich ulubionych aktorek (której udział w filmie zawsze uważam za wyznaczniki „dobrości” filmu i nigdy się na tym nie zawiodłam) i jednym z fajniejszych aktorów, o którym nic nie napisze, bo pewna osoba to czyta ;] W filmie tym była scena, w której główny bohater przyjechał do miasteczka i został zaproszony na pluskanie sie w stawie przez kompletnie nieznanego mu młodzieńca. W kwestie pływania wplątany został jeszcze pastor. Następnie cała trójka rozebrała się do naga, zaczęła pływać, pluskać się nawzajem i ostatecznie biegać w około stawu. Wszystko to z szczegółami, których nie będę opisywać, bo nie są tu ważne ;] Widok 3 dokazujących nago samców ucieszył mnie bardzo, lecz w tej radości nie było nic z podtekstów seksualnych. Znaczy się na pewno płeć osobników nie była mi obojętna, wszak widok 3 nagich samic mnie nie rusza, jednak nie to było w tym wszystkim ważne. To co mi się podobało, było raczej jak rozckliwienie na widok bawiących się szczeniaków czy kociaków. Po prostu taki uroczy widoczek. Wtedy też zastanawiałam się czy jestem normalna ;]

Sięgnęłam pamięcią dalej do 1996 roku i olimpiady w Atlancie. Lubiłam wówczas oglądać zapasy męskie, nie ze względu na rywalizacje sportową, lecz pewne zafascynowanie przepychankami męsko-męskimi panów dobrze zbudowanych, opakowanych w skąpe uniformy. To nasunęło mi na myśl wszelkie skojarzenia odnośnie sztuki starożytnej. Odkryłam, że podzielam zafascynowanie starożytnych Greków w tym temacie, tyle że oprócz kwestii estetycznych i fizycznych, rozszerzam temat o emocje. Zapewne też z tego samego powodu nie lubię facetów, którzy chodzą na siłownie i robią z siebie nieforemne, przerysowane klocki, nie uwzględniając w tym ich „budowaniu sylwetki” żadnych proporcji. Tacy faceci są dla mnie najbardziej nieatrakcyjni.

Ciekawi mnie to, czy gdybym była facetem z takimi zapatrywaniami, to czy byłabym homoseksualistą.

Lincz we Włodowie

Sprawa ta była kontrowersyjna od samego początku. Powodowała najwięcej zacietrzewienia (dziś to moje ulubione słowo), najbardziej oburzała, gromadziła najwięcej komentarzy. Sprawa do oceny trudna, jednak przeważnie gromadząca opinie bardzo jednostronne. Widząc jej zawiłości ciężko się wypowiedzieć. Ciężko też się powstrzymać od bronienia drugiej strony medalu w wątkach jednostronnie popierających pewna ocenę, nie widzących nic poza białością i czarnością. Bo sprawa ma jeden odcień i jest to idealnie wypośrodkowana na skali.

Do napisania tej notki skusił mnie ten komentarz. Nie chcę się jednak bezpośrednio do niego ustosunkowywać, gdyż musiałabym poprzeć „druga stronę”. Zresztą często to robię. Dziś jednak nie chcę tego robić. Mam jakieś poczucie chęci opisania wszystkiego po kolei. Dodam jednakże jeszcze jeden komentarz polityczny do tej sytuacji.

Aby dobrze zrozumieć to co chcę opisać, należy zapoznać się z moim zdaniem na temat społeczeństwa, roli człowieka w społeczeństwie oraz tego co ludziom jako społeczeństwu wolno wobec innej jednostki [dostępne TU]. Jest to zdanie bardzo ważne, gdyż to właśnie ten pogląd stoi u podstawy mojego zapatrywania się na kare śmierci, jak również linczu jako rodzaju tejże kary.

Wcześniej już wyjaśniłam, że społeczeństwo jako zrzeszenie ludzi ku polepszeniu swej doli, ma prawo określać zasady funkcjonowania w nim. Podobnie jest z innymi tworami. Tworząc kółka literackie, kluby sportowe, fundacje, mamy prawo tworzyć regulaminy i oczekiwać przestrzegania ich pod groźba usunięcia lub ograniczenia praw. Społeczeństwo jest tworem zrzeszającym o najwyższych kompetencjach. Jego prawem/obowiązkiem, jako zrzeszeniu zrzeszeń i jednostek, jest pilnowanie wolności osobistej. Wolność ta jest zdefiniowana jako możliwości wykonywania wszystkiego o ile nie krzywdzi to innych (tak w swobodnym tłumaczeniu). Do tego celu społeczeństwo wyznacza sobie prawo, czyli spis tego co wolno, należy, jest zabronione.

Człowiek ma prawo posiadać maczetę i robić z nią co chce. Może np odrąbać sobie rękę, może posiekać wszystko w swoim domu. Nie ma prawa jednak robić tą maczetą nic co by wkraczało w sferę życia i własności innych ludzi. Nie może biegać i ranić postronnych osób. Jeśli to robi, czyli sprawia zagrożenie, społeczeństwo może (a wręcz dla dobra innych musi) mu odmówić prawa do swobodnego życia w obrębie  społeczności. Cała sprawa linczu rozegrała się dlatego, że organy zobowiązane do pilnowania tego, nie dopełniły swych obowiązków.

Tu należy zadać pytanie:
Czy ludzie tworzący społeczeństwo, widząc nieporadność organów, które zostały stworzone przez społeczeństwo (prawo, sądy, policja, areszty), ma prawo przejąć odpowiedzialność w swoje ręce ??

Wydaje się ze tak. Sęk w tym, iż rzadko kiedy udaje się wykonać to w granicach prawa (gdyby się dało, organy nie byłyby potrzebne). Przykładem mogą być nielegalne manifestacje, kiedy organ jakim jest rząd/prezydent ma gdzieś ludzi i działa wbrew/na niekorzyść ich. Przykładem może być działalność wszelkich opozycyjnych organizacji podziemnych, walczących przeciw „złu”: komunizmu, nazizmu,  a działające wbrew prawu. W takich przypadkach nikt nie odważy się krytykować i domagać się respektu dla prawa.

Można powiedzieć, że w tym przypadku doszło do czegoś gorszego niż drukowanie ulotek. To prawda: miał na miejscu mord. Jednak nieuchronność wobec prawa przysługuje wszystkim w takim samym stopniu: drukującemu zakazane ulotki i mordującemu za „sprawę”. Aby było „uczciwie” należy dopuszczać oba wypadki, lub oba piętnować i karać. Albo domagamy się bezwzględnego poszanowania prawa (nawet jeśli jest złe, lub nie działa tak jak trzeba), lub przyjmujemy, że ludzie maja prawo do łamania prawa dla dobra swojego i innych.

Można powiedzieć, że nie trzeba było mordować. Wystarczyło związać i więzić. To też jest bezprawne. Wszystko co mogli zrobić Ci ludzie, nie żyjąc jak owieczki czekające na rzeź i ewentualne załatwienie sprawy samoobroną, było bezprawne. Za wszystko należałaby się im kara.  Mieli siedzieć i czekać aż ktoś nawinie się pod maczetę? Mogli, lecz na ich miejscu każdy zbuntował by się przeciw prawu, lub przynajmniej myślałby o tym. Nie każdy w taki sposób.

Mamy więc dwa fronty:
– jeden opowiadający się za bezwzględnym szanowaniem prawa, nawet jeśli chroni kogoś, kto prawa nie szanuje, co prowadzi do dalszej możliwości łamania prawa i krzywdy osób niewinnych
– drugi opowiadający się za braniem prawa w swoje ręce w sytuacji „obrony” (nie wiadomo kogo, na pewno nie obrony własnej), nawet za cenę postępowania dokładnie takiego przed którym broni się kogoś/czegoś.

Spójrzmy jednak na samych sprawców linczu. Czy różnili się czymkolwiek od recydywisty z maczetą? Byli zdolni zamordować i sprofanować zwłoki człowieka. Byli chojrakami, bo mieli przewagę. Dopuścili się zabójstwa z zimną krwią. Mogli przecież związać i przetrzymywać tego starszego człowieka, aż ich wielki obrońca na stanowisku (Zbigniew „Zero” Ziobro) zajmie się sprawą.

Jakoś nie potrafię nie czuć pogardy do kogoś zdolnego do takich czynów. Bez względu czy to jest ktoś kto dokonuje linczu, idzie do wojska i wyjeżdża na wojnę bezpośrednio go niedotyczącą i wątpliwą moralnie, sędzia skazujący na kare śmierci, kat wykonujący ją, osoba domagająca się kary śmierci. Bez względu czy ktoś dokonuje morderstwa, lub jest mu przychylny. Człowiek nie ma prawa ingerować w kwestie życia i śmierci, bo nie jest to w jego kompetencjach. A już szczególnie jeśli robi to z zemsty i do tego usprawiedliwia się jako „dobry człowiek”. Mordując morderce sam staje się mordercą. Do takich ludzi czuję wyjątkową pogardę, raz za czyn, dwa za hipokryzję.

Mamy więc do czynienia z grupą morderców mordujących morderce. Za sam mord należy się im pogarda i kara. Oni jednak bywają uważani za bohaterów. Patrząc z drugiej strony: czy nie stali się tylko narzędziem społecznym do wykonania czegoś, czego nie potrafiły odpowiednie instytucje?

Jak w tak zagmatwanej moralnie sprawie ocenić wyrok? Uważam, że to dobrze, że karą jest bezwzględne więzienie. Nie potrafię jednak powiedzieć, czy kara jest za niska, czy za wysoka. Czuję pogardę dla tych ludzi za to czego potrafili dokonać (tego ŻE potrafili), jednak widzę czynniki łagodzące.

Jedyne co można stwierdzić z pewnością to to, że porażkę poniosły instytucje, że system jest niewydolny, że jednostka jest w pułapce tego co powinno ją wspierać.

W tej sprawie wszytsko i wszyscy są zli. Wszyscy i wszytsko zasługuje na kare. Ale też wszytskich i wszytsko da się jakoś usprawiedliwić.

Jestem uzależniona

Ja lubię zdawać krew, osocze, ale najbardziej płytki. Jestem chora psychicznie ;] To naprawdę sprawia mi jakąś dziwną przyjemność. Zresztą o przyczynach tego, dlaczego to jest przyjemne pisałam już trochę [tu].

Chyba potrzebuje „czuć się potrzebna”. A może to dlatego, że nie lubię swojego życia. Odechciało mi się wszystkiego co kiedyś sprawiało mi przyjemność, a było tylko moje. Teraz chyba rekompensuje sobie to „byciem dobrym”. Kiedy przestaje się lubić swoje życie i zaczyna się żyć „dla innych”, bo gubi się sens swojego życia, można popaść w uzależnienie.

Chyba poprostu trochę się pogubiłam ostatnio i musze wpaść w nowy rytm życiowy. Za starym rytmem tęsknię, ale jakoś nie mam na tyle silnej motywacji, żeby nim żyć … wkońcu przecież jestem coraz starsza i to co było ciekawe wtedy, już jest nieważne.

Urodziny

Urodziny są dla mnie specjalnym dniem, w którym solenizant (o ile coś dla mnie znaczy) jest kimś specjalnym i należy mu sprawiać przyjemność. Najczęściej jestem to ja i najbliższa mi rodzina (jeśli potrzebuje tego i na tyle na ile mogę ingerować), oraz moja miłość życiowa. Szczególnie silnie to odczuwam jeśli chodzi o mnie. Przecież sama najlepiej wiem czego chcę i jak sobie sprawić przyjemność. Na tym polu mam największe możliwości. Dlatego zawsze lubię sobie coś zafundować, zaplanować dzień tak, aby znalazło się w nim tylko to co lubię najbardziej.

Dziś nie sa moje urodziny… były 5 dni temu. Są kogoś innego i mam wielką potrzebę sprawienia temu komuś radości ;] Można powiedzieć, że to kolejny przypadek egoizmu, bo to ja potrzebuję tego niejako dla siebie. Tak więc ide radośnie narzucać się z tą przyjemnością ;]

Nowy wróg

Każda instytucja, aby istnieć musi posiadać jakiegoś wroga. Im bardziej wątłe podstawy  istnienia danej organizacji, tym silniejsza walka z wrogiem, a co za tym idzie również silniejsze parcie ku tworzeniu wrogów. W zasadzie naturalna sprawa: jeśli ludzie czują się zagrożeni silniej dążą do stworzenia grupy oporu, tym słabiej też weryfikują zasadność istnienia i zasad działania grupy do której pragną należeć. Tworzenie sztucznego zagrożenia istniało od zawsze. Często też było pokusą do wykorzystywania go do prywatnych celów.

Weźmy na przykład Kościół Katolicki. W pewnym momencie silnie walczył z Islamem (przy okazji Islam walczył z Kościołem na podobnych zasadach). Narastające poczucie zagrożenia (dla wielu prostych ludzi kompletnie nie do zweryfikowania) sprzyjało popieraniu organizacji będącej celem ataku oraz ośrodkiem walki. Krucjaty stanowiły dodatkową dodatkową motywacje. Nie dość, że scalało to KK, to dodatkowo było skutecznym sposobem na zasilanie finansów. Wrogiem były też czarownice, heretycy i inni bluźniercy.  Ludzie bali się Szatana i czarownic rzucających urok, wiec popierali KK , który ich bronił. Przy okazji nazwanie kogoś czarownicą i heretykiem było skuteczną bronią przeciw zwyczajnym przeciwnikom politycznym.

W środę oglądałam dokument o piłce nożnej w bloku komunistycznych (głównie ZSRR). Przed wojną bolszewicy zwalczali piłkę nożną, lecz szybko doszli do wniosku, że może się ona stać pewnego rodzaju narzędziem. Zespoły dostały „patronów”: Dynamo Moskwa znalazło się pod opieką NKWD, a honorowym prezesem został Beria. W tym samym czasie Spartak Moskwa był klubem niezrzeszonym i na tyle dobrym, że zdobył mistrzostwo. Nie podobało się to prezesowi Dynama, wiec jak tylko nadarzyła się okazja czołowe gwiazdy Spartaka zostały aresztowane, oskarżone o wspieranie kapitalizmu i zesłane do łagrów. Trochę później, w czasach kiedy na zachodzie sławę zdobywał Pele, w Rosji grał pewien zabójczo utalentowany młodzieniec. Jako gwiazdor obracał się na przyjęciach wśród kręgów działaczy partyjnych. Pewnego razu ponoć coś nieroztropnego powiedział do córki działaczki. Aresztowano go i obiecano, że jak się przyzna, to będzie mógł wyjechać na Mistrzostwa Świata. Przyznał się i 10 lat spędził w obozie pracy. (nie jestem pewna czy 10 i jakie miał nazwisko, ale jak znajdę o tym informacje to uzupełnię).

W tym samym czasie podobne reakcje (choć nie aż tak brutalne) miały miejsce w USA, w których wystarczyło nazwać jakiegoś komunistą, a usuwało się go z życia publicznego. I to wszystko w kraju, w którym ponoć istnieje coś takiego jak „wolność” w posiadaniu i wygłaszaniu poglądów.

Inną kwestią jest też to w jaki sposób USA doszły do potęgi. Kraj, który wzbogacił się na II Wojnie Światowej, od tamtego czasu niemal bez przerwy (przynajmniej dłuższej) toczy jakieś wojny czynne, zimne, ciepłe i inne. Tylko poczucie zagrożenia usprawiedliwia do przesuwania środków z budżetu z działań prospołecznych na wojenne. A to powoduje wzrost potęgi militarnej, która przyczynia się do ekspansji imperialistycznej. (wiem że zabrzmiało to jak z jakiejś propagandy :] )  Niektórzy wręcz uważają, że USA nie chcieli wygrać wojny w Wietnamie, a jedynie tam być. Czyż to stwierdzenie nie pasuje do obecnej sytuacji w Iraku i Afganistanie?

Obecnie mamy na świecie nową wojnę, mającą na celu utrzymać potęgę USA – wojnę z terroryzmem. W jej imię, społeczeństwo utrzymywane w ciągłym strachu jest w stanie popierać tortury i bezprawne uprowadzanie i przetrzymywanie więźniów mimo, iż jest to w sprzeczności w prawem i ideą swego państwa. To podsycanie to miedzy innymi wiadomości co kilka dni o sprawdzaniu ludzi podróżujących metrem w Nowym Yorku 3,5 roku temu. Oczywiście posiadano pogłoski o zamachach. Nie pamiętam, aby znaleziono choć jedną imitacje bomby. Na nowo mamy podsycanie nienawiści do islamu i islamu do chrześcijańskiej Ameryki (ale także i innych chrześcijańskich państw).

Warto przy tej okazji zauważyć, że to co w czasach II Wojny Światowej dla Polaków było walka o wyzwolenie kraju z pod okupacji, dla Niemców nie różniło się od tego co dziś nazywamy terroryzmem. To co dziś dla Izraela i USA jest terroryzmem, dla Palestyńczyków jest tym taką samą walką o wolność ich kraju. W tym samym czasie podobną sytuacje narodu czeczeńskiego interpretuje się zupełnie inaczej. Pojęcie tego co jest terroryzmem a co walką o wolność jest bardzo względne.

Wcześniej wspomniany Kościół Katolicki stracił możliwość szukania wrogów w innych religiach w imię miłosierdzia. Polowania na Szatana też już są raczej śmieszne, niż groźne. Wroga trzeba mieć i znaleziono go w postaci laicyzmu. Od kilku lat przy różnych okazjach religijnych obserwuje wystąpienia przedstawicieli instytucji kościelnej, atakującej laicyzm. Kościół zdaje sobie sprawę, iż w świecie, który głosi rozdzielenie religii (każdej) od państwowości w imię wolności wyboru wyznania i nie narzucania wiary, traci wpływy. Zaczął więc walczyć z laickością, która ponoć niszczy rodzinę. Oczywiście chodzi o model rodziny pojmowany przez instytucje.

Tak wiele krytyki z europejskim i amerykańskim świecie jest wygłaszanych w stosunku do Iranu – państwa kościelnego. A przecież laicyzacja Iranu przyczyniłaby się do tego, iż Kościół Katolicki mógłby tam działać i nawracać bardziej skutecznie. Oczywiście kiedy dzieje się to w kraju o innym monopolu religijnym to jest źle. Kiedy Kościół Katolicki walczy o utrzymanie swego monopolu w Europie już jest dobrze.

Zbliżają się święta… czy i tym razem usłyszymy o zagrożeniu dla rodziny i wartości moralnych ze strony laików?

W rozpowszechnionym w czwartek we Włoszech wywiadzie prasowym abp Amato powiedział, że w Hiszpanii postępuje laicka „indoktrynacja” i „kult państwa”, a władze dopuszczają się, jego zdaniem, „nielegalnej ingerencji” w oświatę. [źródło]

Spostrzeżenie

Zaczynam pisać coraz dłużej. Do tej pory te długie posty miały do 600 wyrazów. Nie miałam co w nich pisać ponad te 600. Trochę mi się nie chciało. Wczoraj napisałam post na 1054 wyrazy. Dziś komentarz na 728.

Coraz bardziej zaczynam się rozpisywać. Coraz bardziej dokładnie kształtuje myśli. Coraz bardziej nie jest to kilka zdań „i tak ma być, bo tak”. Coraz bardziej dokładniej potrafię uzasadniać to o czym piszę. A wszystko to z pod palców człowieka, który w podstawówce miał problemy z wypracowaniami i dużo lepiej wyrażał się w postaci planów złożonych z równoważników zdań. Kogoś kto zawsze wolał przedstawienie czegoś (z dziedziny biologii, geografii, historii) w postaci wykresów, tabel, schematów. Kogoś, kto w ogólniaku dobrze rozkładał temat na czynniki pierwsze, co prawa pisał już dłużej, ale fatalnie stylistycznie. Kogoś kto zdobył wykształcenie techniczne i z założenia powinien mieć mózg nastawiony na wzory i wykresy niż analizy słowne. A wcale nie byłam dobra w matematyce i fizyce, bardziej interesowała mnie biologia i historia.

Sama siebie zadziwiam w tym w jakim kierunku i okolicznościach się rozwijam. Jestem typem, który rozwija się kiedy chce, a nie kiedy jest zmuszany do tego. Zawsze lekceważyłam to czego nie chciałam się uczyć w szkole (np z powodów kiepskich nauczycielek) za to chętnie sięgałam sama po wiedzę, kiedy coś mnie zaciekawiło. A chyba jestem dość ciekawska świata. Może kiedyś o tym napiszę jak głębiej to przeanalizuje ;]

Nocne przemyślenia

Miedzy ściskaniem mimośrodowym, a ścinaniem (o 2 w nocy), wpadłam na genialna myśl:

Przedmiotem moich rozważań nagle stał się ludzi umysł. Dokładnie było to rozróżnienie na „umysł ścisły” i „umysł humanistyczny”.

Na początku rozwalę w drobny mak pojecie „umysły humanistycznego”. Każdy kto nie potrafi liczyć nazywa się „humanista”. A przecież taki Leonardo zasłyną głownie ze sztuki („umysł artystyczny”) oraz techniki („umysł ścisły”). Maczał też palce w fizjonomii, ale bardziej na zasadach technicznych, niż choćby chemicznego spojrzenia na biologie. O jego sonetach słychać niewiele raczej. „Tylko dla znawców”. To co teraz uważa się za „umysł humanistyczny” było małym udziałem jego umysłowości. Humanizm/humanistyczny są określeniami o wiele szerszymi, niż to co się powszechnie do nich zalicza.

Wracając jednak do podziału „umiem liczyć, nie lubię czytać to jestem ścisły” / „nie umiem liczyć, ale czasem coś przeczytam to jestem humanistyczny” :

Ja bardziej skłaniam się do podziału na:
– ludzi mądrych bardziej lub mniej, ale w całości
– ludzi mądrych bardziej lub mniej, ale tylko w części. W pozostałej części pozostającymi idiotami
– ludzi będących idiotami w całości

Te części można podzielić na 3 podstawowe kategorie, lub więcej, lub jeszcze innymi sposobami. Ważne jest jednak to, czy ktoś używa wszystkich połaci umysłowych, czy też części z możliwych procesów myślowych nie używa wcale. Ja skłaniam się do podziału na:

– procesy myślowe związane z definiowaniem świata poprzez sprowadzanie go do schematów, umiejętność rozwiązywania tych schematów, pewien rodzaj wyobraźni schematycznej, Umiejętność posługiwania się w porozumiewaniu kodem matematycznym. Powszechnie nazywa się to „umysłem ścisłym” i odmawia np. wyobraźni. A wystarczy poczytać książki o astrofizyce, żeby zrozumieć jaką wyobraźnie musi mieć człowiek, aby rozwikłać wszelkie niuanse składowych schematu, w warunkach 1·10 do potęgi minus 20-którejś sekundy od powstania wszechświata oraz temperatury 1·10 do potęgi minus 30-którejś oraz niewyobrażalnej gęstości.

– procesy myślowe związane z twórczym kształtowaniem rzeczywistości, pewien rodzaj wyobraźni przestrzennej, pewnego rodzaju wrażliwość na czynniki estetyczne, zdolność interpretacji tych czynników i silnego odczuwania ich tą częścią świadomości, która nie jest związana z analizą i racjonalnością. Powszechnie nazywa się to „umysłem artystycznym”.

– procesy myślowe związane z abstrakcyjnym analizowaniem otoczenia przy pomocy kształtowania tez, argumentów, nie związane jednak z schematycznością interakcji w fizyczno-chemicznym świecie, bardziej zmierzające ku analizowaniu świata na polu „myśli” i zachowań człowieka/skutków z nią związanych. To co obecnie tak nieszczęśnie nazywa się „umysłem humanistycznym”

Nie jest ważne tutaj jakiego poziomu jest to mądrość. Można być geniuszem w dziedzinie astrofizyki, a kompletną nogą z wszelkich innych aspektu pracy mózgu. Można też mięc średnie zdolności ze wszytskiego. Jednak kogoś, kto nie potrafi przeprowadzać procesów myślowych w żadnym z tych kierunków, albo jego umijętności są znikome, nazywamy zwyczajnie „idiotą”. Dlaczego nie mielibyśmy stosować tego samego określenia do poszczegołnej części działaności naszego mózgu, która zawodzi?

Taki sobie manifest 2

Zawsze po winie włącza mi się opcja „miłość” i mogę godzinami rozprawiać o tych wszystkich bredniach typu: jaki świat byłby piękniejszy gdyby „make love not war” nie upadło.

Nie jestem zwolenniczką astrologii i wszelkich metafizyk, ale w przypadku celów wyższych (przekonywania, że można żyć w pokoju i „niewpierniczaniu się” w cudze życie) jestem skłonna poprzeć te wszystkie pierdoły o erze wodnika i takich tam. BA! Uważam,że do tego wszystkiego mogą doprowadzić ludzie, a nie jakieś gwiazdy miliony lat świetlnych od nas. Ale jeśli inni tego potrzebują, to niech się tym karmią. Wszelkie brednie są piękne póki niosą ze sobą piękne idee.

Analiza muzyczna

W związku z manią analizowania siebie, w pewnym momencie mego życia musiałam dojść do wniosku skąd się wzięły pewne moje poglądy. Dziś wywód na tematy muzyczno/pacyfistyczne.

Wszystko zaczęło się od chwili kiedy byłam małą dziewczynką. W TVP (kiedyś to był program z misja: masą dokumentów i dobrych filmów) leciał kilku odcinkowy program o historii muzyki rozrywkowej XX wieku. Ponieważ byłam dziwnym dzieckiem i pochłaniałam naprawdę dużo dokumentów, oglądałam i ten. Historyjki o narkotyzujących się murzynach z Harlemu, grających bluesa, przyjęłam z zaciekawieniem. Kiedy nastał odcinek o latach 60-tych zwaliło mnie z nóg. Mniej więcej w tym samym czasie w TVP leciał program o gościu, którego życiowym osiągnięciem było LSD, i co ważne w tym panu – zamroził się na wypadek możliwości przywracania trupów do życia w przyszłości. Nie mam pamięci do nazwisk, wiec dopiero w późnej przyszłości wpadło mi ono w ucho ;]

Kiedy myślę nad tym, dlaczego akurat ten okres muzyczny tak mnie poruszył, dochodzę do wniosku, że to ze względu na idee jakie ze sobą niósł. I nie chodzi o to, że byłam już wtedy pacyfistka, rozważającą różnorakie niuanse wojen, pokoju na świecie, miłości itp. Wtedy dopiero kształtowały się moje poglądy. W jakiś sposób to co wychodziło ze mnie na zewnątrz do świadomości, pokrywało się z tym co widziałam w programach. Pokrywało się z tymi wszystkimi manifestacjami przeciw wojnie w Wietnamie  i śpiewaniu „Give peace a chance” przez tysiące ludzi. Mówienie o eksperymentowaniu ze świadomością, ładnie współgrało z moim bardzo zarysowanym JA, bardzo wyodrębnionym z masowości społecznej.

To był okres, w którym dzieci przestają mechanicznie podążać za moralnością przekazywaną im przez rodziców i zaczynają sami jej szukać. Ja nie poszłam na łatwiznę i nie przeskoczyłam na z góry daną moralność religijną, lecz szukałam jej głębiej, stale analizując to co mówią mi wewnętrzne pokłady mojego JA. Jedni nazywają to sumieniem, inni pod i nad świadomością. Ja jednak coraz bardziej skłaniam się do jakiegoś „wnętrza”, które jest przekazane nam jako „świadomość pokoleń” czy jakoś tak to się nazywało. Jako wyewoluowane działania. Kiedy tak bliżej się zastanowić to, na to co moralność nazywa „dobrem” składają się same korzystne dla społeczeństwa czynności. Można śmiało przyjąć, że jest to przekazywane dalej jako niemal cecha gatunkowa.

Tak więc z jednej strony to moje skłonności przyczyniły się do wybrania akurat ideologii hipisowskiej. Z drugiej zaś można śmiało stwierdzić, że to ona pokierowała mnie dalej ku moim poglądom. To ona ułożyłą to, co cicho podpowiadało mi moje JA, w wyraźne hasła. A przy tym wyznaczyła sztywno moje zainteresowania muzyczne.

Zbrodnie wojenne

Taka chwila zadumy. Warto pamiętać kto w historii używał broni atomowej przeciw cywilom.

Edward VIII

Piękne imię, nieprawdaż?

Edward VIII

Nie chce oceniając ludzi po tym jakie życiowe wybory popełniają. Ciężko jest ocenić wybory etyczne, kiedy nie wiemy w jakim środowisku ktoś się kształtował i co/kto miał na niego wpływ. Jednak społeczeństwo samo z siebie generuje pewne standardy, względem których można ocenić czy człowiek jest „zły” czy „dobry”. Każdą sprawę można rozwikłać na tyle sposobów, że średnie statystyczne wnioski z wywodów zakończą się stwierdzeniem „trudno powiedzieć”.

Postać Edwarda VIII napawa mnie zadumą. Oceniając go kryteriami społecznymi, był on postacią równie dobrą jak złą.

Wątek miłosny z jego życia nadaje się na jakieś marne romansidło, ale on to zrobił naprawdę. Naprawdę zrzekł sie korony najpotężniejszego państwa na świecie i wybrał bycie 3 mężem kobiety „niegodnej” jego rodziny. Sam z miłości zesłał się na wygnanie z rodziny.

Z drugiej strony kontaktował się z nazistami i popierał ich. W obliczu obecnego potępienia dla wszystkiego co związane z III Rzeszą, nie ważne jest po co się kontaktował i dlaczego popierał, co wiedział itp, ale sam fakt. Ciekawe jakby wyglądał świat gdyby pozostał na tronie?

Czyż to nie fascynujące jak człowiek wzbudzjący taką sympatie ze względu na jeden aspekt swojego życia, może być postacią tak „złą” i niepożdaną ze wzgledu na inny? Wydawać by się mogło, że takie coś to tylko w książkach…

100

Mam 99 komentarzy na blogu.
Kto zgarnie setkę?

Są takie okresy kiedy coś siedzi w mojej głowie, spogląda z ukrycia i wstydzi się wyjść. Teraz tak mam od kilku dni. Chce coś zrobić konkretnego, ale nic z tego co bym mogła nie jest w fazie „silnego chcenia”, takiego żeby ruszyć tyłek i zrobić to. Zbyt wiele czai się w mojej głowie chęci, żeby się na którąś zdecydować. No i to wieczne ale.

Wyraźnie potrzebuję pomocy w zdecydowaniu się. Jakiegoś impulsu z zewnątrz, który wymusiłby na mojej osobie działania. Jedyna osoba, która mogłaby mnie pobudzić do działania jest zbyt zapatrzona w siebie i niezdolna z kimkolwiek współdziałać, nawet jeśli jest to również w jego interesie.

Na razie moimi typami są:
– uczenie się, ale mam syf w pokoju (do uczenia się muszę mieć idealnie czysto)
– czytanie książki, ale nie wiem na jaką mam ochotę i poza tym mam syf w pokoju (do czytania muszę mieć idealnie czysto)
– sprzątanie, ale do tego muszę mieć coś do oglądania (jestem z tych ludzi, którzy nie mogą się skupić na jednym i muszą mieć jakiś „rozpraszacz, bo inaczej zamyślają się i nici z tego co trzeba robić), poza tym chmurno jest i nienastrojowo
– przejście się w poszukiwaniu butów do biegania i jakiegoś żakietu, spodni i bluzki, ale jestem z gatunku nienawidzącego zakupów i chciałabym pójść z kimś
– przejście się czysto sportowe, ale do tego chciałabym mieć kogoś z kim mogłabym pogadać w trakcie
– wiele wiele innych

Strasznie chce zacząć coś robić aktywnie, ale na nic konkretnego nie mam ochoty, nie na tyle mocno, żeby działać. Jeju jak ja bym chciała zacząć co dzień ćwiczyć tak jak kiedyś. Jak bym chciała coś poczytać. Jak bym chciała pouczyć się. Ale z tego natłoku spraw, które bym chciała, jak również z szumu w głowie, po prostu nie dam rady. Mam ogromne chęci, ale to są chęci, żeby chcieć, na nic więcej. A do tego ten szum, który przy każdej czynności mnie rozprasza.

Chyba muszę dziś wypolerować swój pokój na błysk, żeby jutro nie mieć już żadnej wymówki. Żeby choć liznąć to co bym chciała chcieć. Może wtedy coś się ruszy.

Tak ciężko być wspaniałym

Chciałabym odkryć wszystkie swoje hipokryzje i opisać je na blogu. Potem zastanawiać się jak je rozwikłać. Ale świat jest tak skomplikowany, że chyba nie da się mieć jasnych zasad, idei, moralności… i stosować je po równo i sprawiedliwie.

Tak ciężko być wspaniałym i nieskazitelnym.

Ja też jestem hipokrytką…

… w moim, bardzo szerokim znaczeniu tego słowa ;]

Jest pewna kwestia, która nie wiadomo czemu jest we mnie bardzo mocno głęboko zakorzeniona Nie wiem skąd się wzięła. Myślę, że można to nazwać pewnym systemem moralnym. Jak zwykle opisze to bardzo okrężnie.

Człowiek stoi jedna nogą w pełnym biologizmie swej natury, drugą w systemie społecznym. Chęć współżycia społecznego niesie za sobą pewne obowiązki i ograniczenia. Wolność człowieka społecznego jest ograniczona wolnością innego człowieka. Musi on żyć tak, aby nie stwarzać zagrożenia dla innych. Musi grać według pewnych reguł ustanowionych dla dobra ogółu. Jest tu pewien mankament, bo przecież chcąc żyć na danym terenie objętym systemem społecznym (niemal cały świat pod to podpada) jest się z góry przymuszanym do życia w tym systemie. Ale wracając do teoretyzowania… Społeczeństwo jako pewien monolit, ma prawo ograniczyć pewne prawa dla członka, który działa na jego niekorzyść. W ramach tego wchodzi również prawo do odosobnienia skrajnie niebezpiecznych przypadków, lub nakazania im pewnej jak to się mówi „resocjalizacji”.

Inna strona istnienia człowieka, ta czysto biologiczna, wychodzi poza zakres uprawnień do ograniczania przez społeczeństwo. Zycie ludzkie oraz wszelkie jego uwarunkowania fizjologiczne,  jako istoty biologicznej są nienaruszalnym i niezbywalnym jego elementem. Społeczeństwo nie może ograniczyć człowiekowi prawa do życia, jedzenia i picia, wydalania, oddychania, popędu seksualnego (bez względu czy prowadzi on do przedłużania gatunku, czyli nadrzędnego, choć niepojętego sensu istnienia każdej jednostki biologicznej w imię ciągłości życia – czy też dla czystej przyjemności). Nie może pozbawiać człowieka jego fizyczności: nóg, głowy, jąder. Nie może zabijać czy kastrować w imię działania w systemie. To po prostu jest inny poziom istnienia. Społeczeństwo nie ma kompetencji, żeby zajmować się biologicznością człowieka.

W kwestii pedofilów jestem przeciw kastracji. Można wymusić na nich życie według naszych reguł (leczenie czy odseparowywanie), ale nie można im odebrać cząstki biologicznej ich bytu. Należy ich leczyć, można dać wolną wole w wyborze kastracji, można pilnować czy odseparowywać. Nie można pozbawiać ich czegoś tak naturalnego jak jądra i popęd seksualny. Nie trwale.

I tutaj pojawia się moja hipokryzja: Jestem przeciw kastrowaniu pedofili, a jednocześnie mam wysterylizowaną kotke. Skoro nie możemy pozbawiać człowieka prawa do jego biologiczności, nie możemy też robić tego innym zwierzętom. Ale jak mieć zwierzaka, który co pół roku rodzi 6 kociaków? A moja kotka za pierwszym razem, jako gówniara, urodziłą właśnie 6. Nigdy w życiu nie pozbawiła bym ją choć tego pierwszego rozrodu. Jest istatą żywą i ma prawo zaspokoić naturalny instynkt przedłużania gatunku. I co dalej? Wygrał relatywizm moralny, „lepsze zło”… I ta hipokryzja bardzo na mnie ciąży. Chciała bym być czysta etycznie.

Altruizm

Znów coś co nazwę hipokryzją [TU]

Altruizm jest jak najbardziej rodzajem egoizmu. Bo czy ktoś widział, żeby ludzie robili „coś” świadomie w czystej postaci „dla innych”? „Coś” co nie jest bezmyślnym impulsem? To „coś” co jest w pełni przemyślanym działaniem w intencji zrobienia czegoś dla kogoś?

Obserwowałam taki fajny egoizm altruistyczny w Regionalnym Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa. Ludzie przebywając tam są tacy mili, tacy kulturalni, tacy chętni do pomocy, ustępowania. Mają takie rozanielone minki. Ja sama nie mogę się powstrzymać od poczucia wszechogarniającej moje JA dobroci ;] Te teksty o „bezinteresownym robieniu czegoś dla innych”… Ale czy to jest prawdą? Czy Ci sami ludzie robiliby to, gdyby nie sprawiało im tej przyjemności „bycia dobrym”. Czy naprawdę idąc tam myśleli o bezinteresowności? Czy może ludzie robią to, ze względu na potrzebę czucia się wspaniale. Przecież nikt z tych ludzi (również JA) nie chodzi tam pomimo: bólu, obrzydzenia, słabości na widok krwi. Te przymioty są raczej zrozumiałe na tyle, żeby ktoś kto je odczuwa, nie szedł tam. Nikt z tych „dobrych” nie nazwałby chamskim egoistą kogoś, kto boi się ukłuć i mdleje na widok krwi i dlatego nie chodzi na krwiopicia… Bycie „dobrym” jest tak rozreklamowane (w przeciwieństwie do egoizmu czystego), że kiedy tylko nie jest to problemem, ludzie do tego prą. W RCKiK za godzinkę/dwie można właśnie dostać „dobroć” na zasadzie wymiennej… A potem już czysto materialnie cieszyć się czekoladami (to dla tych którzy je lubią :D)

Za pomoc dla znajomych, rodziny, przyjaciół też czegoś się wymaga. Nawet jeśli nie są to rzeczy materialne, to pojawia się kwestia szacunku, czy „kiedyś ty mi pomożesz”. A przecież za taką bezinteresowną pomoc nie powinniśmy wymagać odwzajemnienia. Tylko skąd potem te żale, kiedy tej wzajemności nie otrzymamy. Skąd te wyrzuty „ja mu pomagałem, a on teraz…” Czy jesteśmy w stanie świadomie zgodzić się na pomoc komuś, wiedząc, że nie spotka się to z szacunkiem, wdzięcznością, że przejdzie bez jakiegokolwiek zauważenia ze strony obdarowanego pomocą?? Praktyka pokazuje, że nie bardzo i jak już to w ramach wyjątku.

Weźmy taki inny przykład: czynienia dobra z pobudek religijnych takich jak miłosierdzie itp. W przypadku kierowania się tymi względami nie ma mowy o bezinteresowności. Zawsze jest interes w postaci przyszłości w niebie. Do tego jest straszak w postaci piekła. Tutaj nawet może nastąpić względny masochizm (nadstawianie się na cierpienia, nieprzyjemności, zgon), ale zawsze jest w tym interes.

Egoizm, tfu tfu.. altruizm jest tak pożądanym i błogosławionym przez wszystkich działaniem, że staje się sposobem na lans. Lubimy się otaczać ludźmi „dobrymi”, egoistów zostawiając samych sobie. A niech zdechną w samotności ;] Czy to nie jest obłudne? Czy nie lubimy ludzi skorych do czynienia „bezinteresownego dobra” dlatego, że kiedyś może się nam to przydać?

Czy nie pochwalamy altruizmu, kiedy czyni nam dobrze lub jest nam obojętnie? Czy nie potępiamy altruizmu w stosunku do naszych wrogów? ;]

Taki to niepopularny tok myślenia… ale ja tam chrzanie popularność.

Statystyka

To czego nauczyłam się na wykładach i ćwiczeniach ze statystyki i metod matematycznych to:

„Miłość jest w życiu najważniejsza, wyznacznikami można zająć się później”
„Nie można budować swego szczęścia na nieszczęściu innych”

A to wszystko było wypowiadane z ust bardzo sędziwego już profesora doktora habilitowanego inżyniera, który już dawno powinien być na emeryturze. Oświadczył nam kiedyś, że kiedyś zależało mu na tym co wykładał, a teraz wie, że to wszystko nie ma znaczenia ;]

Mówił nam kiedyś też, że najważniejszy jest rozwój intelektualny. To on pozwala zachować sprawność do późnych lat (również fizyczną). Kiedy człowiek przestaje, szybko ramoleje i grzybieje. Trzeba mu przyznać racje, bo patrząc na tych wszystkich prof. dr hab. inż. koło 70 roku życia, aż się wierzyć nie chce w prawdziwość ich metryki.

Zawsze bałam się starości. Kiedyś nawet napisałam to w ankiecie na języku polskim w podstawówce jeszcze, wcale nie anonimowej, odczytanej zresztą potem przy całej klasie. Jakież było zdziwienie nauczycielki, kiedy po „boję się pająków, węży” itp. odczytała, że właśnie ja „boję się starości”.

Chciałabym się rozwijać intelektualnie do końca życia, ale widze pewne znurzenie i cząstkę rezygnacji w obecnym etapie mojego życia. Wiem, że jak się teraz nie otrząsne, to pózniej nie bedzie mi sie w ogóle chciało. Nie tylko rozwój intelektualny u mnie się spowolnił. Również piłke nożna, rozwój fizyczny, zdrowe życie kuleje u mnie. Czas się wziąć w garść wkońcu i wrócić do tego co naprawde lubiłam!!

Niezrównoważenie emocjonalne

Kiedy nie wiem czego chcę i czego mi brakuje, jestem strasznie rozchwiana. Bardzo to męczące, nie tylko dla mnie. Miotam się zależnie od chwili chcąc skrajności. Raz jestem szczęśliwa, że jest jak jest… raz krzyczę, że jest mi źle…

Miałam już tak w życiu kilka razy. Coś cisnęło mi się na usta, ale nie wiedziałam co. Byłam bardzo rozchwiana, bardzo wredna chwilami i bardzo rozanielona pomiędzy. Kiedy w końcu wiedziałam czego chce, co powiedzieć, potrafiłam zadzwonić w najmniej odpowiednim momencie i powiedzieć to. Musiałam po prostu. Najzabawniejsze, że potem to co tak bardzo cisnęło mi się na usta traciło na znaczeniu. Tak jakby to jakieś wewnętrzne wątpliwości chciały się wydostać na zewnątrz, ale jednocześnie kiedy się wydostały zostawały szybko stłumione przez rozsądek.

Nie wątpię, że moimi analitycznymi zdolnościami wkrótce dojdę do tego, czego tym razem chce podświadomie, że niedługo znajdę złoty środek na pogodzenie rzeczywistości z ukrytym wnętrzem mojego JA. Chciałabym być wtedy wysłuchana i wręcz wypytana dokładnie o co chodzi. Nie jestem typem „tajemniczej kobiety” mówię co myślę, co czuje i czego chce. Pewne osoby irytuje tym wypytywaniem „dlaczego?”… a mnie irytuje to, że nikt nie pyta mnie o to, o podstawy moich osądów i chęci. Kiedy ktoś mnie pyta o coś ulubionego to chciałbym, żeby chciał wiedzieć co w tym ulubionym lubię najbardziej itp. Ja po prostu muszę powiedzieć co mnie trapi. Warunkiem koniecznym naprawienia pewnych krzywd z przeszłości jest właśnie pozwolenie mi wytłumaczyć co i dlaczego. Bez tego uzewnętrznienia się, wszystko co złe ciągle cyklicznie powraca. Pewna osoba tego niestety nie rozumie…

A propos pociągu do „kobiet tajemniczych” ;] Ja chyba nie jestem z tych skrytych, co to zdradzają potajemnie a potem płaczą, bo partner ich nie rozumial i tak im było źle… wiec chyba umiejętność mówienia w prost i wewnętrzna konieczność powiedzenia wszytskiego nie jest taka zla – przynajmniej za wczasu można zapobieć następstwom „byłam taka samotna” i innym takim tam ;]

« Older entries