Alkohole

Vana TallinnNie wiem co się ze mną dzieje. Chyba dorastam :-) Zmieniają mi się smaki. Z młodzieńczego uwielbiania dla półsłodkich win, piw mocno chmielowych, zrobiłam się smakoszką mocnych alkoholi smakowych i wytrawnych win. Co prawda moje doświadczenie jest nikłe, ale na myśl o niektórych 40% (lub mocniejszych) „wódkach” smakowych aż cieknie mi ślinka. Ostatnio w pracy miałam okazje spróbować kieliszek koniaka, niedawno otworzyłam zalegający u mnie na szafie już 1,5 roku likier … i po prostu oszalałam na punkcie tego smaku i tego ciepła w brzuchu jakie potrafi wytworzyć jeden kieliszek. Niegdyś w ogóle nie tolerowałam alkoholi mocniejszych niż 12%, chyba że na imprezie, tylko po to żeby złapać humorek, oczywiście zabijając ich smak dużą ilością napojów.

1,5 roku temu dostałam butelkę likieru Vana Tallinn przedstawionego na załączonym rysunku. Mam wersję 45%. Jest jednocześnie przepysznie słodki, a z drugiej strony z za słodyczy wydostaje się taka ogrzewcza moc alkoholowa. Szukałam informacji na Google o nim i dowiedziałam się tylko tyle, że jest polecany i chyba niedrogi. Zastanawiam się czy można kupić go u nas, bo świetnie nadawałby się na zimne grudniowe wieczory :-)

Reklamy

Jeszcze żyje

Ja naprawdę lubię tego bloga i obiecuje, że jutro coś napisze. Od 2 tygodni próbuje ale nie mam weny. Poza tym jestem flejtuchem językowym, a tu staram się jakoś w miarę gramatycznie pisać … i ostatnio nie chciało mi się układać składnie zdań.Musze sobie sama publicznie obiecać, że w końcu dokonam jakiegoś wynurzenia zanim zapomnę całkowicie o tym, że mam bloga.

Zjawisko biologiczne

Kiedyś Kaczyński (nie pamiętam który, ale jakie to ma znaczenie?) powiedział, że on wraz z bratem są zjawiskiem biologicznym a nie politycznym. Strasznie spodobała mi się ta wypowiedź i teraz stosuje ją do siebie :-)

Ja też jestem zjawiskiem biologicznym i wcale się z tym źle nie czuję. Otóż:

W mojej firmie (mogę chyba tak mówić skoro pracuje tam już 4 tygodnie) pracują 3 panie od księgowości i spraw pracowniczych oraz dodatkowo jedna w kosztorysach. Na warsztacie są sami panowie. Kadra inżynierska to obecnie 10 mężczyzn i 2 kobiety w tym jedna na zwolnieniu przed porodem. Kiedy przyszłam tam pracować na warsztacie zwracano na mnie baczną uwagę. Wiadomo: nie dość, że jestem nowa i trzeba poplotkować to jestem kobietą, a z tymi oni w pracy nie mają zbytnio styczności. Przyzwyczaiłam się, oni też.

Przyszło co do czego i po 3 tygodniach wysłano mnie w delegacje. Pracownicy przyjęli to dość normalnie. W końcu wyjeżdżali już z tą ciężarną. Za to inni na tej budowie (podwykonawcy i rodzimi pracownicy) oglądają się za mną jak za wyżej wspomnianym zjawiskiem. Mogło by mnie to peszyć, mogłoby ekscytować, ale ze mnie to całkowicie spływa :-)

Odkryłam w sobie pokłady swojego JA. Moje JA w dzieciństwie nie lubiło lalek, malowideł. Już bardziej atrakcyjne były samochodziki, bo się ruszały. JA lubiło się bawić na ogrodzie, wkładać ręce w glebę, nigdy nie przejmowało się czystością. Do teraz mam to gdzieś jak się wybrudzę „na mieście” i dziwi mnie, że niektórzy tak przeżywają każda plamkę (choć gdyby tego nie robili to nikt by ich nie zauważał).

Moje JA zawsze patrzyło niechętnie na prace w biurze. Koleżanki trafiały na praktykach miedzy 4 a 5 rokiem do biura i przejmowały się ubiorem (bo laski w biurze co dzień mają inne, coraz bardziej wystrzałowe ubrania), a moje JA czuło intelektualny wstręt do takich niskich ekscytacji.

Moje głęboko skryte JA trafiło w końcu na budowę i wyszło z ukrycia. Cieszy się niesamowicie, że może sobie tak swobodnie brać do ręki co chce, chodzić brudne, latać beztrosko wszędzie i niczym nie musi się przejmować poza pracą.

Moje JA jest w swoim żywiole. Tylk oczasem moje JA myśli o zbrojeniu w płytach żelbetowych i tęskno mu do projektowania, liczenia itp. Szkoda, że dzień jest zbyt krótki na prace na 2 etatach i trzeba wybrać albo budowe, albo projektowanie. Jedynym co cieszy w tej sytuacji jest to, ze tesknota wskazuje na to, że idealnie wybrałam kierunek studiów.

Nie było mnie,ponieważ gdyż…

… miałam cały tydzień zawalony załatwianiem pracy i myśleniem jak wszystko rozegrać. Ostatecznie dostałam 3 różne prace (wszystkie w około mojego wyuczonego zawodu). Mogłabym też postarać się o jeszcze jedną, ale tamta byłaby bardzo niepewna.

Jutro mam stawić się już do pracy. Będę zatrudniona na czas określony, więc muszę się jakoś wykazać. Sęk w tym, że czuje się coraz głupsza. To co mam robić nie było bezpośrednio nauczane podczas studiów. Trzeba by więc „główkować na około” tematu, a ja w stresowych sytuacjach wszystkiego zapominam i staje się straszną kretynką. Na szczęście z tego co zdążyłam zauważyć, to atmosfera w firmie jest raczej luźna, więc może nie będzie źle.

Poza paniami w księgowości czy czymś takim będę jedyną dziewczyną (jedyna z branży) do czasu powrotu pewnej zaciążonej. Zapewne będę więc ciekawostką biologiczną :-)

Zaczynam się troche obawiać …

Teoria względności czasu

Jako by nie było są/będą niedługo jakieś tam święta. National Geografic lub jakiś inny program, który katuje zawsze w święta od 8 rano mój ojciec, ogłasza co godzinę coraz nowsze teorie odnośnie prawdziwego oblicza tego co przez 2tys lat poprzekręcał Kościół Katolicki.

Postanowiłam i ja nawiązać do święta i przypomnieć iż mam taką oto kategorie na blogu: [kategoria]. Kiedyś tam doszłam do wniosku, że rola Jezusa i Judasza z tego właśnie musicalu jest tym co sprawia, że warto być facetem ;] Aczkolwiek inny muzycy z tej wersji również są świetni. Np ten od św. Piotra ma dobry głos i gdzie indziej były „gwiaździorem”. Tu jestem jest przytłoczony przez Teda Neeley’ego i Carla Andersona. Piłat świetny ma głos i najlepiej spisał się aktorsko, ale ma zbyt poboczną role i trzeba się wczuć i dotrzymać do 23 kawałka żeby usłyszeć i zobaczyć tą jego genialność. No cóż. Nie trudno się domyślić, że musical jako całość uważam za najlepsze co w muzyce powstało w ciągu ostatnich 100 lat ;]

A teraz o względności czasu: kompletnie nie zdawałam sobie sprawy z tego ile to już mineło od ostatniego wpisu. Czas pędzi jak oszalały, a mi w głowie tylko ptactwo ogrodowe ;] Zyje jednakże tyle, że w stanie wiosennego zamyślenia o niczym i kontempletacji przyrody.

Próbka mojego nowego telefonu

Właśnie dlatego wybrałam telefon, który inni nazywają „starym”… Jak się ciesze, że przyszedł cały i zdrowy, że nie zacina się joystick, że ma tylko 2 malutkie/niewidoczne bez przyglądania zdarcia, że przesłona aparatu nie lata. Marudziłam strasznie, ale warto było :-)

Machlojki na allegro

Nie było mnie długo na blogu. Po pierwsze to przez kilka dni miałam zepsuty internet, a dokładnie przetarty kabel gdzieś na zewnątrz domu. Po drugie kupowałam telefon na allegro ;] Nabrałam dużo doświadczenia, więc podzielę się nim z wami.

Chciałam kupić całkiem dobry telefon, ale całkiem tani. Jestem pragmatyczką do przesady. Telefon ma dzwonić i wysyłać smsy. Ma mieć kalkulator, bo w sklepach wszystko wyliczam (a, że jestem po studiach technicznych, to obsługę kalkulatora mam opanowaną na zasadzie prostego odruchu bezwarunkowego, kiedy tylko trzeba coś obliczyć). Aparat uważam za zabaweczkę niekonieczną, ale przydatną. Ponadto nic mi więcej nie potrzeba. Telefon jest tylko telefonem i ceny powyżej 500zł uważam za przesadę (no chyba, że zacznę zarabiać grubą kasę, ale i wtedy będę wolała pojechać na wycieczkę, niż wydawać na bzdety). Skupiłam się zatem na Sony Ericssonach K800i. Najlepsze aparaty w swojej klasie za przystępną cenę. Nokie czy Samsungi w tej klasie cenowej maja dużo gorsze aparaty.

Wybierałam z początku marudnie. Raz zalicytowałam, bo oferta była świetna i nikt z 4 osób nie zauważył nic niepokojącego. Wygląd opisany na 4+, czyli liczyłam się z nieznacznymi ryskami, ale przecież ze swoim nieposzanowaniem dla gadżetów i ogólnie przedmiotów (przedmiot to tylko przedmiot), jestem w stanie najnowszy telefon dość szybko doprowadzić do stanu zarysowania. Żebyście widzieli mój teraźniejszy, już ponad 6-letni telefon…

Dopiero tuż przed wpłaceniem pieniędzy, moja bardzo nieufna i marudna mama wypowiedziała wiekopomne zdanie, od którego się zaczęło: „A co to jest to czarne?” Skopiowałyśmy zdjęcia na komputer i oglądałyśmy dokładnie w ogromnym powiększeniu. Niepewne 2 miejsc zapytałam przez maila sprzedającego. Okazało się ostatecznie, że czarna kropka to nie cień, ani plamka, ale spory odprysk naroża. Okazało się ponad to, że na dole nie ma refleksu od lampy, ale jest pokaźne wgniecenie. W mailu zostałam uświadomiona, że telefon nie został stuknięty, a wgniecenie nie przeszkadza w obsłudze klawiatury. Acha.. tylko dlaczego na jednym zdjęciu wyraźnie widać, że klawisz tusz obok wgniecenia ma trochę inny kolor, jakby inaczej padało na niego światło?

Anulowaliśmy aukcje za porozumieniem stron. Następne aukcje sprawdzałam już tak jakby każdy chciał mnie oszukać. Za każdym razem powiększałam zdjęcia i szukałam wątpliwych miejsc. Przy każdym telefonie sprawdzałam „logiczność opisu”. Zdarzało się, że ktoś opisywał telefon jako 3-miesięczny na gwarancji, a w rzeczywistości okazywało się, że jest z komisu (niektóre komisy dają tak długie gwarancje) i na ładowarce jest przejściówka. Wystarczyło przyjrzeć się pieczątce na karcie gwarancyjnej, a następnie poszperać w Google, alby przekonać się, że telefony są z zagranicy ;]

Szczyt głupoty przeżyłam, kiedy Paulinka, poproszona o dodatkowe zdjęcia komórki (na aukcji były tylko 2 i to pod takim kątem, że trudno było zweryfikować), przesłała mi 4 zdjęcia skopiowane z 2 różnych aukcji. Nie dość, że widziałam takowe na pierwszej stronie listy, to jeszcze przedstawiały telefon na tle 2 różnych stołów. Mało tego!! Na zdjęciu z aukcji telefon nie miał loga żadnego operatora nad klawiaturą menu, na zdjęciu przesłanym przez Paulinkę wyraźnie miało. Do tego, jak tylko odezwałam się do Paulinki, cena telefonu skoczyła o 50zł, by następnego dnia spaść o 20zł i ostatecznie zostać sprzedanym o kolejne 40zł taniej.

O niewyraźnych zdjęciach robionych aparatami z komórek (i to co najwyżej 1,3 MegaPixela), robionych pod światło, robionych tak, że nic nie widać, nie będę pisać. Takich aukcji jest 50%.

Muszę jednak przyznać, że są uczciwi i rzetelni sprzedający. Niektóre telefony mają więcej zdjęć wad obudowy, niż tych „ładnych”. Czasem usterki wskazane są kółkami i strzałkami. Przekonałam się, że lepiej kupić drożej telefony od takich właśnie sprzedawców, niż ufać tym niepokazującym przedmioty jednej strony, robiącym zacienione lub przesadnie oświetlone zdjęcia.

Zamówiłam kolejny telefon i to 30zł taniej. Tym razem znam każdą rysę na nim, ale po tym co widziałam, boję się tego co możę przyjść do mnie paczką.

Ornitologicznie

Dookoła mnie robi się coraz bardziej odludnie, a zarazem coraz bardziej ptaszyście. Można powiedzieć, że ptaki ilością jak i różnorodnością jakieś 2 lata temu dorównały do poziomu z dzieciństwa, a rok temu znacznie ten poziom przekroczyły. Jako miłośnik przyrody i wróg cywilizacji ucieszyłam się niezmiernie ;]

Do 4 roku studiów Juwenalia w moim mieście odbywały się na początku czerwca, kiedy to wiele wszelakich szkół prywatnych i lżejszych kierunków ma już wolne. My jednak na budownictwie w tym okresie ostro zapierniczamy z projektami. Na 4 roku Juwenalia odbywały się w maju, zatem w końcu mogłam w nich uczestniczyć pełną gębą. Pewnego dnia wracałam sobie do domu około 2 w nocy. Wtedy pierwszy raz w życiu usłyszałam tak piękny śpiew. Cała melodia, składająca się z 5-6 zwrotek, śpiewana donośnym głosem w całkowitej ciszy, w parku na przeciw. Usiadłam na kamieniu pod domem i słuchałam tego ptaszka do 4 w nocy. Później robiło się coraz cieplej i świt nastawał coraz wcześniej. Ptaszek również coraz wcześniej się uaktywniał. W kluczowym momencie śpiewał już około 23. W tym okresie koło parku toczyła się budowa. Myślałam, że to może w związku z hukiem, ptaszkowi pomyliło się i śpiewa dopiero po nastaniu ciszy.

W następnym roku zaprzestano budowy i nastał okres zatrzęsienia ptactwa. Pierwszy raz na moim ogrodzie widziałam kosa. Przeżywałam ataki szpaków, w szczególności po ścięciu trawy, kiedy robaki były łatwo dostępne. Gawrony i kawki postanowiły zasiedlić park nieopodal i przelatywać nad moim ogrodem. Był też jakiś pięknie śpiewający ptak, tym razem jednak śpiewał troszkę krócej i jakby ciut inaczej, wieczorem przed zmierzchem, a nie w nocy.

Teraz jest już wiosna, choć znów jest zimno i pada śnieg ;] Czarne ptasiory gromadzą się i coś kombinują. Czasem robią zloty na nowo wybudowanym (jeszcze nie do końca – na razie jest tylko stan surowy). Już powoli robią sobie gniazda. Kos zagarnął mój ogród jako swój teren i odgania inne ptaki o podobnej jemu wielkości. Sikorek jakoś nie rusza, więc te spokojnie przylatują gromadami po kasze i suchy pokrojony chleb. Od czasu do czasu przylatuje nasza znajoma sójka. Sroki są rzadziej (a kiedyś miały u nas gniazdo i 3 lata z rzędu obserwowałam rodziców i młodocianych). Czasem widać inne ptaki, których jeszcze nie rozpoznałam.

Ponieważ sezon na ptactwo się rozpoczyna, znów wszczęłam swą edukacje ornitologiczną. Z tej okazji chciałam polecić fajną stronę z głosami różnorakich ptaków, niestety bez zdjęć. Przy okazji opowiedzieć o moich przypuszczeniach:

Rok temu, tym śpiewającym ptakiem, bez żadnych wątpliwości był kos. Widzieliśmy go z bliska.
Śpiewał dokładnie tak: Kos

Dwa lata temu śpiew był jednak inny i o innej porze. Bardziej przypominał ten: Słowik Szary 1, Słowik Szary 2. Całkiem podobnie, jednak bardziej donośnie i z wyraźnymi seryjnymi „uderzeniami językiem” (nie wiem jak to inaczej nazwać). Ponadto przeczytałam, że „woli śpiewać z wyżej położonych miejsc (do 10m)” oraz „W Polsce słowik szary należy do ptaków średnio licznych lęgowo. Przylatuje do nas w kwietniu-maju, a odlatuje w sierpniu-wrześniu.”… co się również zgadza. Tylko, że słowik w centrum miasta? I to w dodatku tylko przez rok, kiedy w następnym roku słychać było śpiew podobny (jak dla mało wprawionego muzycznie i mało obeznanego ornitologicznie ucha).

Mało tego: Pamiętam dokładnie przepiękną piosenkę Beatlesów, z której wynikało, że to kos śpiewa nad ranem ;] Szkoda, że nigdzie nie ma opisanych godzin, w których ptaki śpiewają zazwyczaj…

A na koniec tego, zapewne nudnego, wywodu o ptaku, który niesamowicie mnie zauroczył/zniewolił 2 lata temu … wyżej wspomniana piosenka:

Aerobiczna szóstka Weidera

Aerobiczna szóstka Weidera Od jakiś 4 lat mniej ćwiczę. Od roku prawie w ogóle. Kondycja spadła mi tragicznie, ciało nie dość, że większe to jeszcze flakowate. A ja zawsze chciałam mieć silny brzuch i tyłek jak Jagienka z krzyżaków… Postanowiłam zatem wrócić do katowania się na siłowni i ponadto ćwiczeń domowych. Jestem już po miesiącu wracania do formy. Siłowo wróciłam szybko, ale nie dam rady wykonywać już tyłku powtórzeń na brzuch i tyłek jak kiedyś.

Postanowiłam spróbować „aerobiczną szóstka Weidera” i jestem już przy 8 dniu. Czuje, że mam o wiele bardziej sprawny brzuch niż 1-2 dnia. Ale jak nie zanudzić się i nie pomylić się w liczeniu przy 24 powtórzeniach, kiedy mam problemy z liczeniem do 8 ?? :-)

Coś sie popierniczyło

Coś się popierniczyło w tym roku z zimą.

Jestem z tego gatunku ludzi, którzy nie oglądają prognozy pogody. Za to wiedzę o tym co może mnie czekać w najbliższych dniach czerpie z obserwacji otoczenia. Czasem tylko lubię spojrzeć na zdjęcie chmur nad Europą i układu niżowo-wyżowych.

Ponadto jestem z tych popierniczonych ludzi, którzy potrafią w trakcie obfitych opadów śniegu otwarcie zapowiedzieć, że jest już wiosna ;]

W styczniu/lutym pogoda zazwyczaj układa się tak, że:
– albo mamy słaby wyż i mróz na Syberii, który nie da rady wkroczyć nad środkową Europę. Wiąże się to z zalewem wilgotnego powietrza i chmur z nad Atlantyku, a co za tym idzie z na przemian padającym śniegiem i deszczem. Czasem jest jakiś mróz z nad Arktyki.
– albo na początku mroźną fale z nad Arktyki, lekką odwilż, a następnie długotrwały, silny, słoneczny, mroźny wyż z nad Syberii… i tak do marca.

W tym roku morderczy mróz już był, ocieplenie jest… ponoć zapowiadana jest dalsza, mroźna zima. Zapowiedzi te słyszę od dawna. Nie dziwie się, bo z przebiegu stycznia również bym się spodziewała tego.

A jednak moja kotka już na sylwestra zaczęła melancholijnie spoglądać przez okno (zazwyczaj robi to w marcu, jakoś 2-3 tygodnie przed śpiewającymi ptakami).

W tym tygodniu słyszałam takie małe ptaszki, pięknie śpiewające o poranku, jedne z pierwszych wiosną. Wróble też się ożywiły, choć u nich to normalne jak tylko zrobi się cieplej. Wczoraj sroki zaczęły szaleć w pobliżu mojego domu i krzyczeć na całe gardło, a nie widziałam ich od jesieni. Ptakom coś się stało. Ogłupiały do reszty!! Nie zachowują się jak podczas chwilowej odwilży, w celu podjadania przed następną falą zimna. Zachowują się jakby szykowały się do zalotów i prokreacji.

Po mojej kotce, „jakimś takim innym powietrzu” oraz ptakach szalejących i drących się jak głupie następnymi oznakami wiosny są:
– takie czarne skorupiaki budzące się i wychodzące na środek pokoi. Zawsze kilka wstanie za wcześnie i zamiast uciekać na dwór łażą mi po domu ;]
– inne zaspane, niewiedzące co z sobą zrobić owady
– dżdżownice pojawiające się nad przewodami elektrociepłowni

Jestem zmieszana i już nie wiem co myśleć o tym wszytskim ;]

Prężny ogonek

Niesamowicie sztywny i prężny ogon ma ten kot… i w ogóle jest przystojny ;]

Podobnych filmików jest więcej: [1] [2] [3] [4] [5]

Jeśli chodzi o kota pod numerem 4: Moja kotka tak samo reaguje kiedy chce na niej coś wymóc. Kładzie się i nie ma siły na to żeby cokolwiek na niej wymusić.

A kot pod numerem 5 wygląda niesamowicie z tymi oczami. A jak fikuśnie chodzi kręcąc tyłeczkiem… jak modelka ;]

Gatti di Roma

Zawsze czułam jakiś pociąg do Włoch i nie wiedziałam skąd to się wzięło.
Już wiem: w Rzymie jest ponoć cala masa kotów na ulicach i ponoć są bardzo bezczelne i nie cykają się.
A że bardziej lubię zwierzęta niż ludzi… wszak najgorszy kot ma w sobie mniej hipokryzji od najlepszego człowieka :D … nawet takiego pogromcy hipokryzji jak [JA] :D … czuje, że ocipiałabym widząc takie coś:

Gdybym była bardziej walnięta uważałabym, że jestem jednym z wcieleń jakiegoś kota… a tak nauka mi na to nie pozwala ;]

Ciche dni

Mam Ciche dni. Nie chcę mi się nic pisać. Jedynie wredna mucha latająca w moim pokoju od 3 tygodni mnie ożywia. Tak natrętnej i niedyskretnej muchy w życiu nie widziałam. Słychać ją w całym pokoju, kiedy siada na sreberka od jogurtów. Polubiłam ją. Musze tylko chronić baczniej jedzenie i kubki z herbatą, żeby do nich nie lazła.

Matt Damon

Matt Damon ma tak ładne ząbki, że aż patrzeć na niego nie mogę. Jeju jak ja bym chciała takie mieć ;]

tam chciałabym pojechać

Wolałabym raz w życiu pojechać tam, niż co roku jechać na te wycieczki nad Morze Śródziemne, wykupowane w bankrutujących biurach podróży, które bez względu na kraj, na ulotkach zawsze wyglądają tak samo.

a b c d e f g

3 ideały mężczyzn

[1] – ten po lewej. Idealny nos, idealne czoło, sylwetka też taka na jaką zwracam uwagę (a wmawia mi się, że ja, jak i inne babki lubię umięśnionych), jakiś taki delikatny uśmiech i oczka uśmiechające się. Bardzo mi się podobał we wczesnej młodości z cyklu filmów na TVP co piątek. Później już trochę mniej. Nie dlatego, że zmienił mi się gust. Może dlatego, że jest zbyt idealny? Może jego męski urok był zbyt narzucający się, a ja wole urok na który się patrzy i nie można go odkryć, gdzieś jest ale nie wiadomo gdzie i co. W tej roli bardzo mi się podobał, głównie za charakter.

[2] – ten po prawej. Z cielesności to super włosy i super oczy. Jednak w tym przypadku to co sprawiało, że umieściłam go na liście „idealnych facetów” to taki wewnętrzny spokój bijący po oczach ;] Coś takiego co jest w dużych, włochatych psach pasterskich, które siedzą i obserwują. Taka skrytość i tajemniczość w każdej roli. Do tego on ma kawałek gór dla siebie na własność. To tam ponoć nakręcił kilka swoich filmów.

[3] – ten z kolei może nie jest klasycznie „ładny”, ale w pewien sposób przyciąga. Mając 30 lat grał nastoletniego gangstera. Mając 40 lat wyglądał na około 30. Mając 50 wyglądał jak standardowy 40-latek. Mając 60 wyglądał lepiej niż niejeden 50-latek. No i znów uśmiech. Ucieleśnienie tego co uważam za męskie właśnie przede wszystkim w tej roli ;]

W zasadzie to takich (no może poza numerem2) można znaleść na mieście… jednak kiedy ktoś pyta mnie o to co w facetach lubie najbardziej, to łatwiej wymienić mi te 3 nazwiska.

Choróbsko

Nie mogę narzekać na swoje zdrowie. Jako dziecko często chorowałam na coś związanego z oskrzelami, tchawicą i gardłem przy okazji. Tak z 7 lat temu zaczął się okres migdałków. Dość często miałam powiększone – aż w końcu jeden powiększył się na stale. Ale nawet mimo tego czułam się zdrowa jak koń. Teraz, od 2 sezonów już, migdałki mnie odpuściły sobie i tak prawdę mówiąc nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam je nadwyrężone.

Teraz przeziębienie objawia się każdego dnia inaczej. Jednego dnia jest to gardło (już nie migdałki, ale jakieś zalegające świństwo najczęściej) drugiego nos, trzeciego jeszcze coś innego. Kolejność jest bardzo dowolna i nigdy nie wiem na co się nastawiać. Pędzę do apteki po coś na gardło, zażywam jedna sztukę a już nie jest potrzebne ;] Zazwyczaj nowy objaw nastaje wieczorem tuż przed snem.

Musze przyznać, że dopiero 2 lata temu dowiedziałam się co to jest suchy kaszel i bardzo chciałabym zamienić go na infekcje migdałków ;]

Trochę mnie to już irytuje… Mam 5 dzień choroby a dopiero teraz dopadło mnie przemęczenie. Jeszcze 2-4dni temu (poza gardłem albo nosem) byłam chodzącym okazem zdrowia. Dopadło mnie teraz, kiedy powinno być już coraz lepiej.

Jutro dzień pod znakiem suchot w gardle… Może potem się już skończy, bo już więcej możliwości do wyboru nie ma ;]

Tak wygląda królik..

(\ /)
(>’.'<)
(”’)_(”’)

Wariacja …

Krówka

Chce żeby już była jesień!

Lubie jesień o wiele bardziej niż sierpień. W zasadzie bardzo lubię każdą porę roku na początku, potem tęsknię do tej następnej. Jedynie wiosna mi się nie nudzi, ale to zrozumiałe – tylko wiosną zawsze coś się dzieje.

Koniec sierpnia i początek września zazwyczaj jest paskudny. Nocą jest zimno i mokro, za dnia gorąco i parno. Opalać się już nie bardzo da – efekty coraz bardziej stają się znikome. A do tego jak zacznie padać to nigdy nie wiadomo w co sie ubrać.

Jesienią zawsze jest zimno i mokro – zawsze wiadomo na co się nastawić. Nie ma tak, że jest za ciepło na letnie ubrania, a za zimno na ciepłe. Do tego herbata o wiele bardziej smakuje. Liście ładnie wyglądają i mienią się na wiele kolorów. Czuć pierwszy powiew wyżu z nad Rosji. Jako, że ostatnio bardziej przypominam spasionego królika na pasztet, niż kicającego małego króliczka, to taki powiew świeżości bardzo mi odpowiada.

Co prawda jakoś koło listopada znów będę narzekać, że mam już dość i niech spadnie ten śnieg. W lutym będę narzekać na zimę… To nie jest marudźctwo zaawansowane. Po prostu ja lubię zmiany ;]

Zabieraj łapy!!

Królicq