Nie wiem co się ze mną dzieje

Mało kiedy pisze tak bardzo osobiście. Nie wiem co mi jest, co jest przyczyną, a co skutkiem. Mam jednak olbrzymie skłonności samo-analizowania się i  mówienie o tym może mi pomóc. Choć przyznam, że pierwszy raz w życiu nie bardzo wiem jak sobie pomóc i jestem tak zdezorientowana. Wiem też, że to jak analizuje sobie może wpływać na wciskanie sobie do mózgu tego co w rzeczywistości nie istnieje. Już raz postawiłam sobie diagnozę, która była chybiona.

Wszystko zaczęło się rok temu jakoś w sierpniu. Pierwszy raz w życiu miałam ból głowy. Wcześniej odczuwałam jakieś ciśnienie kiedy np byłam chora, albo silnie podekscytowana (w chwilach dołka), ale nie nazwałabym tego bólem, nie takim zwykłym. Głowa bolała mnie tym razem bez żadnej przyczyny. Było to tak silne, że nie mogłam racjonalnie myśleć, miałam zaburzenia spostrzegawczości. Trwało to od rana do wieczora, nie miało przyczyn zdrowotnych (nie byłam chora), nie miało przyczyn emocjonalnych (nic się wielkiego tego dnia nie stało, nie wywoływało strachu czy stresu). Oczywiście to olałam. Później przez całą zimę miewałam mniejsze i krótkotrwałe bóle. Myślałam, że się starzeje i zaczynam być wrażliwa na zmiany ciśnienia. Myliłam się. Z czasem bóle zaczęły się nasilać, rozpoczynały się po paru godzinach w pracy, mijały jak wracałam do domu. W pracy stawały się słabsze jak zaczynałam się ruszać. Ból stopniowo skupiał się tuż nas nosem, a nawet zaczął się rozprzestrzeniać nad oczy. Doszły do tego zawroty głowy i ogólne roztrzęsienie. Zaczęłam wiązać to ze spływaniem wydzieliny z zatok, która towarzyszyła mi przez całą zimę i na wiosnę zatrzymała się. Lekarz rodzinny również to stwierdził i wysłał mnie do laryngologa. Dostałam tabletki na rozrzedzenie wydzieliny i przeciwzapalne. Wydzielina zaczęła mi spływać i przez następne 3 tygodnie miałam spokój. Później nastąpił nawrót, kolejna wizyta u laryngologa, kolejne tabletki, zalecenie zęby przyjść jak tylko zacznie się znów na zdjęcie, koniecznie jak jeszcze będzie boleć. Przy trzeciej wizycie okazało się, że zdjęcie nic nie wykazuje. Dostałam skierowanie do neurologa, który z kolei zaczął podejrzewać migreny. Bóle z nad nosa ustępowały, nasilały się zawroty głowy i ucisk na oczy. Od półtorej miesiąca nie miałam ani bóli, ani zawrotów, jednocześnie po przeziębieniu 1,5 miesiąca temu wznowiło mi się spływanie wydzieliny. Można by znów wiązać to z zatokami.

Jednocześnie w tym czasie zdążyło się kilka faktów. Przestałą mi się podobać praca, z czasem zaczęłam myśleć o rzuceniu jej, ale brak alternatywy był w tym względzie decydujący. Zamieszkałam ze swoim facetem i zaczęliśmy się wspierać o pierdoły związane z mieszkaniem razem (wcześniej nie mieszkaliśmy razem). Miałam wrażenie, że praca powoduje, że coraz bardziej cofam się w rozwoju oraz zabiera mi pewność siebie. Docieranie się z facetem wzbudziło moją nerwowość. Podczas kłótni czasem miewałam lekkie zawroty i bóle, ale migreny przecież mogą być ponoć wynikiem emocji. Teraz od miesiąca jestem bezrobotna i od tamtego czasu nie miałam bóli głowy i zawrotów. Do tego weekendu. Zdarzyło się coś co normalnie wywołałoby lekki stres, szybko ogarnięty przez racjonalizm. Tym razem jednak, wyraźnie z tego powodu, zaczęły się zawroty. Dziś teoretycznie bez przyczyny zrobiłam się roztrzęsiona i nie mija mi.

Nie wiem co jest przyczyną a co skutkiem, ale mam wrażenie, że to jest błędne kółko. Skłonność do wzmocnionego przeżywania emocji sprawia, że boli i kręci mi się w głowie, jestem roztrzęsiona. Jednocześnie duże napięcie powoduje właśnie ból. Takie błędne koło. Wszystko prowadzi do obniżenia samopoczucia psychicznego. Jeśli powodem jest coś neurologicznego (np brak jakiejś produkowanej substancji w organizmie, albo ciśnienie wewnątrzcząsteczkowe) to powinnam dalej leczyć się u neurologa. Jeśli to emocje tak na mnie działają to  chyba czas brać coś na uspokojenie lub rozweselenie.

Najdziwniejsze jest to, że „rozumem” wiem, że to coś nie tak jest z moim organizmem, a nie „życie jest do dupy”, a jednak ciężko mi nie poddawać się spadkom nastroju i psychicznemu napięciu. Dziś na przykład od razu zorientowałam się, że nakręca mi się wewnętrzne napięcie, wiem chyba co mogło to spowodować, jestem już spokojna „rozumem”, ale ciało nadal we mnie jest totalnie spięte i odczuwam duże ciśnienie w głowie.

Reklamy

Może i jestem nienormalna…

… ale zwykłe filmy o miłości i związanych z tym perypetiach mnie: nudzą, odstręczają. Chodzi o tą przewidywalność i bajkowość. Tak jakby były dla nastoletnich dziewczynek, które nie znają jeszcze życia.

Lubie za to filmy o uczuciu trudnym, wręcz patologicznym.

Ostatnio TVP pokazuje dużo filmów hiszpańskich/latynoskich. Dużo jak na TVP i jej „wyrafinowany” repertuar. Nie tak dawno pokazywali „Prawo pożądania”

Nie wiem jak to wyrazić, ale poruszył mnie ten film w sposób szczególny. Chyba chodzi właśnie o to, że uczucie w nim pokazane zostało nie przy pomocy schematu, lecz wręcz „tematu zakazanego”. A może to gra i sposór realizacji filmu uwiarygodnił emocje pokazywane. naprawde nie wiem jak wyrazić to co mnie w nim poruszyło. Może jestem nienormalna i ciągnie mnie do nienormalności?

Róże

Zawsze myślałam, że zostawianie wyschniętych róż w flakonie jest przejawem mojego flejtuchostwa zaawansowanego. Dziś jednak kiedy zebrałam siły, że wyrzucić jedną z przed 3 tygodni, poczułam dziwny wewnętrzny opór. Zdałam sobie sprawę, że ja po prostu lubię zwiędnięte róże.

Ta przez pierwszy tydzień była „pierwszej świeżości”, przez następny bardzo powoli schła, dopiero teraz jest oklapnięta i sucha. O dziwo, po tych nowoczesnych, zmodyfikowanych różach woda nie śmierdzi, same kwiaty mało jej piją. Może to dlatego utrzymują żywotność tak długo. Niestety przez te uzdatnianie prawie całkowicie straciły zapach. Coś za coś.

Nigdy nie lubiłam dostawać kwiatów. Znaczy się dostawać ich na urodziny czy inne okazje. To taki bezsensowny pezent. Ani to przydatne, ani długoterminowe. Tolerowałam tylko te specjalne, i to dopiero jak zaczynały więdnąc. Ostatnio dostaje kwiaty tylko na przeprosiny. Może to dlatego podobają mi się dopiero po czasie, kiedy juz emocje opadną, kiedy zaczynają być wspomnieniem z przeszłości? A może lubie je tylko wtedy, kiedy są obiektem kumulującym sentymentalną zadume nad życiem? Może dopiero wtedy zdają się być czyms wicej niż zmarnowanym kwiatem, który kiedyś tak ładnie wyglądał jako krzew?  Może tak naprawde nie chodzi o kwiaty?

Marzenia o księciu z bajki

Każdy chyba zastanawiał się jaki powinien być jego partner życiowy. Na forach, przy piwie, w TV, wszędzie o tym się rozmawia od czasu do czasu. Ludzie mówią o poczuciu humoru, bezpieczeństwie, urodzie, zamożności, szaleństwie, spokoju. Ja zawsze mówiłam o fizyku teoretycznym. Nie żeby to był konieczny wymóg, ale to dużo mówi o tym czego potrzebuje w życiu.

Każdy ma jakieś potrzeby życiowe, do spełnienia których potrzebna jest mu druga osoba. Albo w ramach niemożności spełnienia czegoś samemu, albo po prostu do towarzystwa… albo dla pieniędzy ;]

Ja jestem typem „wilka stepowego”. Nie potrzebuje znajomych, przyjaciół. Ludzie czasem wręcz drażnią mnie i wole żeby na mnie nie zwracali uwagi. Jednak potrzebuje do życia kogoś dla kogo warto by ciągle się rozwijać, kogoś kto by mnie stymulował intelektualnie. Aby tak się działo musi on być obeznany w dziedzinach z którymi ja mam trudności, a jednocześnie w takim samym stopniu jak ja interesuje się „jego” dziedzinami, interesować się tym w czym ja jestem dobra. To wszystko po to aby ciągle się inspirować na wzajem, utrzymywać swoja wiedzę na wysokim poziomie. Dodatkowo potrzebuje mieć przy sobie człowieka otwartego, który jest w stanie surowo analizować każdy problem świata. Gotowego wynaleźć każdy argument, niezależnie czy byłby po jego myśli czy nie. Lubie takie „kłótnie intelektualne”, ale na koniec lubię wysuwać wnioski w miarę jak najbardziej obiektywne. Chciałabym tego samego od idealnego partnera.

W dziedzinach naukowych zawsze najciężej szło mi z fizyka. Niby wybrałam sobie techniczny fach, wiec powinnam fizykę i matematykę mieć w jednym palcu. Nie mogę powiedzieć żebym miała jakieś problemy, ale jakoś tak…. po prostu pasjonowałam się innymi przedmiotami, bardziej przyrodniczymi czy humanistycznymi (z dzisiejszego punktu widzenia, bo przecież jeden z największych humanistów wszech czasów- Leonardo Da Vinci ogromną cześć życia poświęcił inżynierii). Matematyka była dla mnie od zawsze tylko przedmiotem do badania prawdziwych nauk. Fizyką się interesowałam, ale od początku chciałam zbyt wiele, za zbyt trudne sprawy się zabierałam, ignorując podstawy. I tak nigdy nie opanowałam wzorów, nigdy nie umiałam ich przekształcać, ale zawsze jak było trzeba to nadrabiałam (dlatego zdołałam ukończyć studia na kierunku technicznym). Astronomia zawsze mnie pasjonowała. Będąc w 8 klasie podstawówki, miałam przeczytanej wszystkie książki o astronomii, ze szkolnej biblioteki. Tyle, że to co najbardziej ciekawe w niej właśnie zahacza o fizykę – więc leże na tym polu.

Rozumiecie już skąd ten fizyk teoretyczny? Miał mi przybliżać to czego nie rozumiem w nocy przed snem, a ja miałam czuć się zaspokojona intelektualnie;]

Oczywiście fizyków teoretycznych na świecie jest zbyt mało. Nie udało mi sie nawet zobaczyć na oczy takowego (no chyba że w telewizji) ;] Jednakże moge powiedzieć, że nie narzekam. To co mi się udało poderwać spełnia moje oczekiwania. Zawsze, kiedy coś naukowego mną zawładnie, moge o tym pogadać z nim, i nigdy nie ma „daj spokój, ferie są a ty o szkole”- kiedyś to usłyszałam od znajomego zaczynając wątek rozmowe o ulubionych książkach. A poza tym moja miłość jest strasznie kłotliwa i zawzięta, i nie ma siły żeby jakaś rozmowa ideologiczna nie była ciekawa i nie kończyła się ciekawymi wnioskami. Boje się tylko, że z czasem przestanie nam zależeć i będziemy jak warzywa intelektualne. Już mi zaczyna „wisieć” wszytsko. Mam nadzieję, że to tylko chwilowe.

Nerwica

To co rozwali moja kilkuletnią znajomość z pewnym samcem, będzie spóźnianie się. Mam już tego dość. Bo nie chodzi o samo spóźnianie się, zasypianie ciągłe.

Chodzi o lekceważenie mnie. Chodzi o umawianie się ze mną i mówienie „na pewno nie zaspie”, kiedy ja, umawiając się dzień wcześniej, wątpię czy to dobry pomysł (dla niektórych wcześnie to 11:30) wiedząc, że ten ktoś nawet nie przyłoży wagi do tego żeby nie zaspać. Chodzi o lekceważenie mnie poprzez oglądanie filmów do późna itp, kiedy wie się, że się ze mną umówiło następnego dnia rano. Chodzi o marnowanie mojego czasu, bo teraz zamiast robić coś co muszę zrobić czekałam. Bo wieczorem nie będę mogła zrobić tego co powinnam, co lubię, bo teraz zmarnowałam tyle czasu. Bo w nocy nie będę spać do późna, bo będę musiała coś zrobić. Bo temu komuś nawet nie jest przykro, że tak marnuje mój czas i tyle niedogodności mi sprawia.

Wiem, że byłam dziś niemiła kiedy w końcu obudziłam go telefonem. W zasadzie nic nie powiedziałam takiego złego. Tylko to, że ma być u mnie za 15 minut… Ale wyłączenia komórki i nawet nie powiadomienie mnie, że nie ma zamiaru przyjść… tego nie wybaczę.

I nie chodzi o to, że nie można się spóźniać czy zaspać… Chodzi o to,że ten ktoś raz na 20 razy nie zasypia/nie spóźnia się!!  Chodzi o lekceważenie mnie!!

O jeden raz za dużo!!

buzibuzi

Kategoria nazywa sie tak a nie inaczej, bo kiedyś tknęło mnie coś w opisie na forum właśnie tej treści. Uczuciowi ludzie naprawdę mają gorzej niz nieczułe psy i suki ;]

Bynajmniej nie mam zamiaru się tu żalić (przynajmniej tymczasem).

Chciałam tylko powiedzieć, że z jakiejś wewnętrznej naiwności, mimo dotychczasowych nieprzyjemności to i tak jestem zadowolona. Nie wiem dlaczego, ale JA: „wieczna samotnica” niepotrzebująca w ogóle ludzi do szczęścia, marząca aby ktoś ja zamkną w psychiatryku, żeby nie musiała żyć w tym świecie przepełnionym nienawiścią i sztucznością, gdzie naturalne zachowania nie są mile widziane albo szybko wchodzą w modę i stają się sztucznie propagowane wśród nieczujących tej naturalności… JA jestem szczęśliwa właśnie z tego faktu, że przychodzi mi żyć z kimś takim właśnie…