Wstrętne papierochy

Palenie papierosów mimo wielu negatywnych skutków ma jednego, niekiedy ogromnego plusa – odstresowuje, łagodzi obyczaje, pozwala się uspokoić. Ciężko jest rzucić kiedy się ma ciężki okres w życiu. Tęskni się kiedy wspomni się te przyjemne chwile „papierosek, poranne słoneczko i ja”. Miałam w życiu chwile kiedy prowadziłam zdrowy tryb życia, jak i te stresogenne. W tych drugich jest tylko jedno co mnie odstraszało od papierosów.

Oglądałam kiedyś najlepszy dokument o holokauście jaki widziałam. Nazywał się „Shoah”, polecam go gorąco. W pewnym momencie  wypowiadał się pewien Pan pracujący przy uprzątaniu komór gazowych. To jak nie tylko on, ale i inni opowiadali było więcej mówiące niż to co mówili. To było niesamowite.

Pan ten w pewnym momencie powiedział, że ludzie podczas zagazowywania dostawali mimowolnego rozluźnienia przewodu pokarmowego. Nie jest to dziwne, że tracili nad tym kontrole, ale jakoś nigdy wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z tego efektu.

Trochę później, w piękny wiosenny poranek uspokajałam zmysły na ogrodzie z fajką w ręku. Zaczęłam myśleć nad efektem „papieros + kawa = posiadówa w kibelku”, tyle że ja nie pijam kawy. Przypomniało mi się to co mówił tamten Pan i zaskoczyło coś.

Przecież to jest ten sam efekt. Czasem podobny mają też Ci od zaczadzenia. Zatrucie Cyklonem B/czadem/nikotyną powoduje w pewnym momencie reakcje w przewodzie pokarmowym. Paląc papierosy w pewien sposób serwuje się sobie mini komorę gazową.

Wstrząsnęło mną to. Najmocniej to, że kilka milionów ludzi zginało, a palacze robią sobie to dla przyjemności. Kiedy o tym myślę, kwestia niepalenia jest tak jakby kwestią … nawet nie wiem jak to nazwać, ale to nie wypada.

Przed fikołkami pasażer zobowiązany jest okazać dowód

Od jutra nie mam Internetu w domu. Czekałam na ten dzień długo. W końcu nie będę hodować płaskodupia. Może to i dobrze dla bloga, bo póki co po pracy (poza życiem prywatnym) dałam rade tylko bezmyślnie czytać informacje (jak miałam dobry dzień) albo forum (jak potrzebowałam się odmóżdżyć). Teraz będę pisać w domu i wklejać w pracy. Ciekawe ile wytrzymam bez Internetu :-)

Chciałam napisać coś o hicie ostatnich dni: Romanie Polańskim. Nie mogę uwierzyć jaka histeria ogarnęła niektórych. Jasne, że jak ktoś jest znany, doceniany i lubiany (a Polańskiego ceniłabym jako reżysera nawet jakby nakręcił całą masę kiczu i jedne jedyne „Dziecko Rosemary”) to łatwiej jest współczuć, za to anonimowego przyjemnie jest opluć publicznie. Są jednak pewne kwestie uniwersalne na tyle, że pomimo sympatii zamykają usta.

100 sław podpisało list wspierający Polańskiego. Jakież to żenujące, że całe środowisko tak otwarcie pokazuje, że ma gdzieś prawo i domaga się „łagodnego traktowania” dla siebie. Zaczynam nabierać obrzydzenia do tych ludzi. Szczególnie Woody Allen (którego przecież też tak bardzo lubię za filmy) nie powinien się odzywać.

Z drugiej strony: pozwolenie Polańskiemu na radosne życie na wolności jest jawnym śmianiem się z wymiaru sprawiedliwości, złapanie go dopiero teraz jeszcze bardziej.

Z trzeciej strony: to wspaniałomyślne, że Szwajcaria odważyła się na taki krok. W Polsce to by nigdy nie przeszło, a przecież jesteśmy powiązani z USA pewnymi umowami. Choć z jeszcze innej strony: dlaczego mielibyśmy oddać im naszego i francuskiego obywatela (obcego im), skoro oni nie oddali nam naszego/Mazura?

Zagmatwane to trochę, ale prawo jest prawem. Kiedy prawo jest złe obowiązkiem obywatela jest sprzeciwiać się i zmieniać je. W tym przypadku jest dobre. Polański popełnił przestępstwo uciekając i powinien za to ponieść konsekwencje. Nawet jeśli ktoś ze „środowiska” usprawiedliwia seks z nieletnimi, jeśli nie widzi w tym nic złego, jeśli nieletnie w pełni świadomie godzą się i są na tyle dojrzałe (Danusia z „Krzyżaków” jakoś była :-)) , jeśli to było wrobienie.. itp., itp.. to i tak powinien zamknąć paszcze w kwestii ekstradycji i kary za ucieczke.

Nie lubię feministek, bo one nie lubią kobiet

Abstrahując od tego kto to powiedział, gdzie, czy mówił to jako funkcjonariusz państwowy, czy osoba prywatna… Ja też ich nie lubię, ale z innych względów. Zastanowiwszy się jednak nad tym tekstem dochodzę coraz częściej do wniosku, że to prawda. Widać to na forach internetowych, widać w nastawieniu tak zwanych „kobiet wyzwolonych” do tak zwanych „kur domowych”… widać to wszędzie. Bez względu na to, że feminizm ma różne oblicza, że niektóre kobiety mianujące się feministkami są w rzeczywistości tylko zdesperowanymi kurami domowymi.. bez względu na wszystko… gdyby zrobić ankietę wśród feministek odnośnie przykładowej kobiety-kury domowej, zażartej katoliczki, obrończyni ogniska domowego, przeważające głosy wobec niej byłyby gardzące, a nawet obraźliwe. A przecież to feministki powinny stać na straży wolności kobiet do robienia tego co chcą w życiu i spełniania się w tym.

Ja też nie lubię feministek, ale z innego powodu: bo feministki dyskryminują kobiety i mężczyzn. Oczywiście nie wszystkie, ale z całej różnorodności feminizmu trudno znaleźć te, które oponują za równouprawnieniem. Bo równouprawnieniem nie jest przecież lobbowanie ku własnym korzyściom i obrona własnych przywieli. Inną sprawą jest to, że osoby będące za równouprawnieniem nie powinno nazywać się feministkami, bo ta nazwa sama w sobie zaprzecza równouprawnieniu.

Feminizm ma różne oblicza. Jednym z nich była taka jedna znana (ostatnio tylko z sporadycznego szczekania w TV) kobieta (nie jestem w stanie przypomnieć sobie jej nazwiska). Uzewnętrzniała ona na antenie poglądy, które najczęściej daje się słyszeć u ust osób uznających się za feministki. W pewnym momencie powiedziała coś co dyskredytuje ją jak i środowisko w imieniu którego się wypowiadało jako osobę/grupę inteligentną. Chodziło o to, że kobietom należą się przywileje, bo kobiety muszą pracować, a do tego rodzić i wychowywać dzieci (to po przecinku jest niemal dokładnie tym co powiedziała).

Ta wypowiedz zwaliła mnie z nóg. Ta pani nie zdaje sobie sprawy, że nie dość, że podtrzymuje szkodliwe dla kobiet stereotypy, to jeszcze dyskryminuje mężczyzn odbierając im prawo do uczestniczeniu w wychowywaniu dzieci. Jaka jest zatem różnica miedzy takim feminizmem (najczęściej spotykanym w Polsce), a tym niezwykle ociemniałym ciemnogrodem mentalnym jakim jest konserwatyzm społeczny? Jedyną różnicą jest to, że feminizm domaga się za to samo kasy, stanowisk i przywieli.

Kobieta nie dość, że nie musi po pracy sama wychowywać dzieci, to jeszcze nie może odbierać prawa ojca do opieki nad dzieckiem!!

Z pewnego artykułu opisującego ankietę na dość dużej próbie wynikało, że 75% kobiet uważa, że to one powinny odbierać dzieci z przedszkola, zwalniać się z pracy kiedy dziecko jest chore. Jeszcze więcej uważało, że to one powinny iść na urlopy wychowawcze. Z tego jasno wynika, że 75% kobiet uważa, że powinna izolować mężczyzn od opieki nad dziećmi, robić z nich niedzielnych ojców. Czy w takich okolicznościach dziwne jest, że to mężczyźni z masą wolnego czasu awansują zawodowo i zarabiają więcej? Może pierwszym co feministki powinny robić w walce o równouprawnienia w drodze do kariery zawodowej, jest wybijanie tym 75% kobiet, że musza zajmować się dziećmi oraz że nie wolno im odbierać praw mężczyzn do wychowywania dzieci.