Nie było mnie,ponieważ gdyż…

… miałam cały tydzień zawalony załatwianiem pracy i myśleniem jak wszystko rozegrać. Ostatecznie dostałam 3 różne prace (wszystkie w około mojego wyuczonego zawodu). Mogłabym też postarać się o jeszcze jedną, ale tamta byłaby bardzo niepewna.

Jutro mam stawić się już do pracy. Będę zatrudniona na czas określony, więc muszę się jakoś wykazać. Sęk w tym, że czuje się coraz głupsza. To co mam robić nie było bezpośrednio nauczane podczas studiów. Trzeba by więc „główkować na około” tematu, a ja w stresowych sytuacjach wszystkiego zapominam i staje się straszną kretynką. Na szczęście z tego co zdążyłam zauważyć, to atmosfera w firmie jest raczej luźna, więc może nie będzie źle.

Poza paniami w księgowości czy czymś takim będę jedyną dziewczyną (jedyna z branży) do czasu powrotu pewnej zaciążonej. Zapewne będę więc ciekawostką biologiczną :-)

Zaczynam się troche obawiać …

Matura z religii

Naturalna zdolność do czegoś co nazywam „lizaniem sobie nawzajem tyłków” jest bardzo silna, jednak w niektórych kręgach ludzie dość skutecznie udają, że nie gromadzą się w grupy wzajemnej adoracji. Nie czarujmy się: w kręgach uważających się za światowe, nowoczesne, tolerancyjne, oświecone itp, opowiedzenie się za wprowadzeniem matury z religii jest samobójstwem towarzyskim :-)

A co ja na to
A ja nie lubię fanatyzmu antyreligijnego/antyklerykalnego jeszcze bardziej niż fanatyzmu religijnego/klerykalnego. Przyczyna takich upodobań jest prosta: przeciwnicy ośmieszają się sami, nie podoba mi się natomiast kiedy inni swym fanatyzmem ośmieszają moje poglądy. W przypadku kwestii matury z religii nie spotkałam się jeszcze z racjonalnym argumentem obozu antyreligijnego, natomiast obóz religijny ma takowe. A teraz nastąpi mój wywód:

Założenia:
– matura z założenia ma być egzaminem na studia
– mamy w Polsce całkiem sporo wydziałów teologicznych (zarówno katolickich jak i prawosławnych)

Wnioskując z takich założeń możemy dojść łatwo do wniosku, że skoro religia jest przedmiotem nauczanym, teologia jest kierunkiem studiów, to nie ma powodów aby nie wprowadzić matury z religii. Argument często wypowiadany przez ekipę Giertycha. Argument z którym niesamowicie się zgadzam. Nie potrafię podać ani jednego kontrargumentu, nie usłyszałam go nigdy z ust przeciwników. Jedyne co fanatycy antyreligijni wytaczają w tym przypadku z ust to wypociny odnośnie tolerancji, państwa religijnego, że to sprawa Kościoła Katolickiego, więc dlaczego wszyscy mają płacić i tym podobnych.

Spójrzmy na sprawę jednak z innej strony. Kilka dni temu w całej Polsce odbywały się matury ustne z biologii. Tego samego dnia miejsce miały również matury z „wiedzy o tańcu”. Sama miałam zdawać maturę w „nowym” kształcie, zanim zmienił się rząd i zostało po staremu. Pamiętam, że też dawano mi możliwość wyboru takich przedmiotów jak „historia sztuki” czy „wiedza o tańcu”. Były to egzaminu dodatkowe i nie zwalniały z wyboru klasycznego przedmiotu. Domyślam się, że jest tak nadal. Warto zauważyć, że są to egzaminy z dziedzin nie nauczanych w szkole (łudzący się, że wyrzucenie religii ze szkół do sal przykościelnych załatwi sprawę, są zapewne zawiedzeni).

Tłumaczenie sensowności takich egzotycznych matur też niby jest logiczne, bo przecież ktoś może sobie zażyczyć studiować historię sztuki, a matura ma być egzaminem na takie studia. Egzaminy takie są nieczęsto wybierane, zatem drogie, bo czasem trzeba uzbierać/przeszkolić i opłacić komisje dla jednej osoby. Podobnie jest z językami nienauczanymi w szkole. Ponadto szkół z wydziałami tanecznymi jest… 0??

Skoro front antyreligijny nie widzi nic przeciw maturze z „wiedzy o tańcu”, to najwyraźniej nie ma też nic złego w maturze z religii. Ba! Jest ona nawet bardziej zrozumiała.

„A gdy będę umierał”

W jednym z mieszkań na osiedlu Chomiczówka policjanci, w sypialni, na półce zauważyli stojącą urnę.

Urna została zabezpieczona, a 62-letni mężczyzna stawił się w komendzie na przesłuchanie. Podczas wykonywania czynności przez policjantów, okazało się, że mąż zmarłej kobiety miał problemy z pochowaniem żony, w miejscu, które ona wskazała i dlatego tak długo przechowywał jej prochy w mieszkaniu. Mężczyzna oświadczył, że nie wiedział, iż jego postępowanie jest niezgodne z prawem.

Urna z prochami już została przewieziona na cmentarz i złożona w rodzinnym grobie. 62-letni mężczyzna odpowie teraz za przechowywanie w mieszkaniu prochów zmarłej żony.

Mężczyźnie grozi za to kara grzywny. [źródło]

To, że nie można pochować ciała gdzie się chce jest niby logiczne. Ciało ulega rozkładowi i może zanieczyszczać wodę. Niby wszystko ok. Tyle, że jeśli pomyśleć o tych wszystkich martwych chomikach, psach, kotach i innych stworzeniach domowych i dzikich, to już z lekka jest nielogiczne. Przyjmijmy, że chodzi o masowe pochówki, wszak ludzi w miastach szczególnie jest dużo i niemożliwe byłoby równomierne rozłożenie ciał, a przez to wszelakich produktów rozkładu. Mniejsza z tym.

Już dawno doszło do moich uszu, że nie można również pochować byle gdzie prochów ludzkich. Problemu skażenia w tym przypadku nie ma. Zapewne chodzi o godność po śmierci czy inne takie brednie. Tyle, że jeśli spojrzeć na to nie przez pryzmat jedynie słusznej poprawności (nawet ciężko powiedzieć jakiej, bo jak wytłumaczyć manie pochówków?), to okazuje się, że staje się to kwestia całkowitego zniewolenia ciała ludzkiego.

Mogłoby się wydawać, że jestem człowiekiem wolnym. Moge swobodnie wyrażać swoje myśli (choć czysto z założenia, bo nie wolno mi przecież „mówić źle” o pewnych grupach ludzi), mogę sama decydować o swojej przyszłości, muszę brać odpowiedzialnośc karną za swoje w pełni autonomiczne wybory. Jednak w żaden sposób nie wolno mi decydować o tym, co stanie się po mojej śmierci. Co prawda mogę sobie wybrać w jakiej będę formie (gnijącej padliny, czy też w formie sproszkowanej po odprowadzeniu do atmosfery gazów cieplarnianych), ale nie gdzie będę się znajdować. Państwo odgórnie zażyczyło sobie abym była pochowana na cmentarzu. A jeśli nie chce? Moi bliscy będą musieli popełnić przestępstwo i podmienić moje prochy. Czy zatem jestem właścicielką własnego ciała?

Strumienie zimnego powietrza w krocze

Gdzie się podziała życzliwość i uprzejmość sąsiedzka. Żeby tak sąsiadce  świdrować?

4 czerwca

Doszłam dziś do bardzo brutalnego wniosku:

W Polsce nie będzie normalnie, nie będzie można budować kraj póki nie wymrą ludzie urodzeni przed 1980r. Podejrzewam, że nawet i później nie będzie pięknie, bo obecne wydarzenie niezbyt pozytywnie odbijają się na młodych.

Wiem, że to brutalne i nietaktowne i niesamowicie chamskie, ale póki co każdy bezpośrednio skażony Solidarnością ciągnie tylko Polskę w dół. Krew mnie zalewa, kiedy przy byle okazji byle kto, a w szczególności związki zawodowe jako naczelne dziwki polityczne, wycierają sobie brudne gęby Solidarnością.

Każde państwo, naród potrzebuje czegoś czym mógłby się chwalić, aby mieć dobrą opinię, szacunek. Dlatego też stara się jak najbardziej wybielić swoje przewinienia i jak najmocniej chwalić się przed światem tym co chwalebne. My w Polsce też nie jesteśmy uczeni o niegodziwościach naszych historycznych przodków, oburzamy się jako naród gdy mówi się o Jedwabnem, nie rozumiemy co takiego mają przeciw nam Rosjanie za Moskwie w 1612r. Inne narody robią to samo tyle, że mają większą siłę przebicia. A Polacy: Polacy potrafią się tylko oburzać i marudzić pod nosem.

Potrzeba Polsce lepszej promocji, głośnego mówienia o naszych zasługach, chwalenia się Cudem nad Wisłą i Solidarnością. Kiedy w podręcznikach na zachodzie kształtuje się obalenie muru berlińskiego jako upadek komunizmu, my musimy mówić światu głośno o Wałęsie i Okrągłym Stole. Potrzebujemy Wałęsy jako symbolu, bez względu jakim by był. Zamiast wykłócać się z nim należałoby dać mu się puszyć na wykładach, aby mówił młodzieży i zagranicznym dziennikarzom jaki jest wielki.

Teraz jest fantastyczna okazja, żeby się promować na świecie i przypomnieć o sobie. Tyle, że zamiast zewrzeć siły dla ogólnego dobra, zawiste szuje wolą zrobić rozróbę. I tak zamiast wrażenia, że polacy to fantastyczny naród gotowy do wielkich rzeczy, będziemy nadal uważani za kłócącą się dzicz. I nie widze ratunku, póki ta zawzięta dzicz nie zniknie z powierzchni ziemi. I mam to gdzieś, że moje dzisiejsze wrażenie jest „zbyt ostre”, chamskie, nietaktowne.

Palikot

Ostatnio olewam politykę, bo krew mnie zalewa. Przez okres jakiś 5-3 lat (zależnie od punktu widzenia) interesowałam się nią mocniej niż standardowy człowiek mojego pokolenia. W okresie kampani parlamentarnej dzień zaczynałam od solidnego przewertowania kanałów informacyjnych, a następnie serwisów internetowych. I co mi to dało? Po tym okresie czytam tylko nagłówki i z góry wiem co znajduje się w środku :-)

Najnowsze trendy w Polityce polegają na robieniu przedstawień, a przoduje w tym Palikot. Wielu się oburza na niego, ale ja naprawdę nie widzę różnicy między przedstawieniami komediowymi Palikota, teoriami spiskowymi Kaczek, mdłych melodramatów miłosnych Tuska. No może Palikot mówi trochę bardziej „językiem ludu” :-)

„Pomyślałem: jeśli im wolno, to dlaczego nie wolno mnie? Może i ja powinienem wedrzeć się do siedziby Sierpnia, przykuć dłoń do kaloryfera i zażądać od szefa związku spełnienia listy moich postulatów? Wykorzystać ich broń – maksimum terroru, minimum wysiłku? I taką oto drogą doszedłem do Listy 10+1, czyli 10+1 postulatów Janusza Palikota skierowanych do związkowców Sierpnia ’80” [źródło]

Nie widzę też różnicy między pochodem pijanych kibiców Legii ulicami miasta i demolowaniem wszystkiego na drodze, a pochodem pijanych związkowców i demolowaniem. Dlatego cieszy mnie niezmiernie to, że ktoś w końcu odpłaci się związkowcom. Podejrzewam, że Palikot i tak zrobi z tego „delikatną” reklamówkę w TV. Mi się marzy jednak zabijanie drzwi, palenie opon pod oknami szefostwa związku, syreny, demolowanie barierek itp. Jetem przekonana, że to jedyna możliwość, aby związkowcy i PiS w końcu doszli do wniosku, że na użycie siły odpowiada się działaniami policyjnymi. Być może nawet zaświta im w głowie, że to wcale nie są „demonstracje pokojowe”.

Znalazłam kolejnego bloga

Krótkowłosy pseudointelektualista

Nie przeczytałam zbyt wiele, ale spodobał mi się jeden wpis. Nie sposób się nie zgodzić z opinią, że pewna znacząca gazeta jest wiedziona zapachem pieniędzy. Nie ona jedna zresztą. We wszystkich pismach dostrzec można coraz mniej treści opiniotwórczych (a przecież to rola prasy codziennej), a coraz więcej kolorowych dodatków i prezentów dołączanych. Coraz rzadziej natrafia się na intelektualne rozważania o ważnych problemach, a coraz częściej jest to zwykłe bicie pany ku zwiększeniu sprzedaży. Przykładem jest dzisiejsza informacja „a u was biją murzynów” z jawnym zakłamaniem treści, ujawnionym przez jednego z komentujących. Ja bym jednak poszła dalej. Gazeta, która niegdyś była na tyle postępowa, że kojarzono ją z walką ze stereotypami, teraz sama je pogłębia właśnie jednym ze swych dodatków.