Machlojki na allegro

Nie było mnie długo na blogu. Po pierwsze to przez kilka dni miałam zepsuty internet, a dokładnie przetarty kabel gdzieś na zewnątrz domu. Po drugie kupowałam telefon na allegro ;] Nabrałam dużo doświadczenia, więc podzielę się nim z wami.

Chciałam kupić całkiem dobry telefon, ale całkiem tani. Jestem pragmatyczką do przesady. Telefon ma dzwonić i wysyłać smsy. Ma mieć kalkulator, bo w sklepach wszystko wyliczam (a, że jestem po studiach technicznych, to obsługę kalkulatora mam opanowaną na zasadzie prostego odruchu bezwarunkowego, kiedy tylko trzeba coś obliczyć). Aparat uważam za zabaweczkę niekonieczną, ale przydatną. Ponadto nic mi więcej nie potrzeba. Telefon jest tylko telefonem i ceny powyżej 500zł uważam za przesadę (no chyba, że zacznę zarabiać grubą kasę, ale i wtedy będę wolała pojechać na wycieczkę, niż wydawać na bzdety). Skupiłam się zatem na Sony Ericssonach K800i. Najlepsze aparaty w swojej klasie za przystępną cenę. Nokie czy Samsungi w tej klasie cenowej maja dużo gorsze aparaty.

Wybierałam z początku marudnie. Raz zalicytowałam, bo oferta była świetna i nikt z 4 osób nie zauważył nic niepokojącego. Wygląd opisany na 4+, czyli liczyłam się z nieznacznymi ryskami, ale przecież ze swoim nieposzanowaniem dla gadżetów i ogólnie przedmiotów (przedmiot to tylko przedmiot), jestem w stanie najnowszy telefon dość szybko doprowadzić do stanu zarysowania. Żebyście widzieli mój teraźniejszy, już ponad 6-letni telefon…

Dopiero tuż przed wpłaceniem pieniędzy, moja bardzo nieufna i marudna mama wypowiedziała wiekopomne zdanie, od którego się zaczęło: „A co to jest to czarne?” Skopiowałyśmy zdjęcia na komputer i oglądałyśmy dokładnie w ogromnym powiększeniu. Niepewne 2 miejsc zapytałam przez maila sprzedającego. Okazało się ostatecznie, że czarna kropka to nie cień, ani plamka, ale spory odprysk naroża. Okazało się ponad to, że na dole nie ma refleksu od lampy, ale jest pokaźne wgniecenie. W mailu zostałam uświadomiona, że telefon nie został stuknięty, a wgniecenie nie przeszkadza w obsłudze klawiatury. Acha.. tylko dlaczego na jednym zdjęciu wyraźnie widać, że klawisz tusz obok wgniecenia ma trochę inny kolor, jakby inaczej padało na niego światło?

Anulowaliśmy aukcje za porozumieniem stron. Następne aukcje sprawdzałam już tak jakby każdy chciał mnie oszukać. Za każdym razem powiększałam zdjęcia i szukałam wątpliwych miejsc. Przy każdym telefonie sprawdzałam „logiczność opisu”. Zdarzało się, że ktoś opisywał telefon jako 3-miesięczny na gwarancji, a w rzeczywistości okazywało się, że jest z komisu (niektóre komisy dają tak długie gwarancje) i na ładowarce jest przejściówka. Wystarczyło przyjrzeć się pieczątce na karcie gwarancyjnej, a następnie poszperać w Google, alby przekonać się, że telefony są z zagranicy ;]

Szczyt głupoty przeżyłam, kiedy Paulinka, poproszona o dodatkowe zdjęcia komórki (na aukcji były tylko 2 i to pod takim kątem, że trudno było zweryfikować), przesłała mi 4 zdjęcia skopiowane z 2 różnych aukcji. Nie dość, że widziałam takowe na pierwszej stronie listy, to jeszcze przedstawiały telefon na tle 2 różnych stołów. Mało tego!! Na zdjęciu z aukcji telefon nie miał loga żadnego operatora nad klawiaturą menu, na zdjęciu przesłanym przez Paulinkę wyraźnie miało. Do tego, jak tylko odezwałam się do Paulinki, cena telefonu skoczyła o 50zł, by następnego dnia spaść o 20zł i ostatecznie zostać sprzedanym o kolejne 40zł taniej.

O niewyraźnych zdjęciach robionych aparatami z komórek (i to co najwyżej 1,3 MegaPixela), robionych pod światło, robionych tak, że nic nie widać, nie będę pisać. Takich aukcji jest 50%.

Muszę jednak przyznać, że są uczciwi i rzetelni sprzedający. Niektóre telefony mają więcej zdjęć wad obudowy, niż tych „ładnych”. Czasem usterki wskazane są kółkami i strzałkami. Przekonałam się, że lepiej kupić drożej telefony od takich właśnie sprzedawców, niż ufać tym niepokazującym przedmioty jednej strony, robiącym zacienione lub przesadnie oświetlone zdjęcia.

Zamówiłam kolejny telefon i to 30zł taniej. Tym razem znam każdą rysę na nim, ale po tym co widziałam, boję się tego co możę przyjść do mnie paczką.

Wierność i ładne nogi

Czy ja już na blogu pisałam o tym co w męskim ciele lubię najbardziej? Oczywiście dla każdej kobiety (poza zakonnicami) z męskiego ciała przydatne są jedynie genitalia… estetycznie jednak popularna jest jakaś dziwna nagonka na męskie pupy. Nie rozumiem tego, gdyż nie ma nic bardziej pokrętnego niż wychudzony samczy tyłek, jak również nic bardziej aseksualnego, niż jędrne/sprężyste/sterczące/kobiece pośladki u mężczyzny.

Ja najbardziej cenie sobie męskie nogi! Wcale nie muszą być jak z starożytnych posągów greckich czy rzymskich. Mogą być chude i kościste, ale muszą mieć odpowiednie proporcje i zaokrąglenia.

Z pośród sportowców najładniejsze nogi mają tenisiści, tak więc lubuję się w tenisie. Dziś na siłowni spoglądałam na cudne nóżki Federera i Vardasco, a koło mnie chodzili paskudni/nieproporcjonalni faceci z przyrostem guzów (bo czasem ciężko to „coś” nazwać mięśniami na pierwszy rzut oka).

Ponieważ moje myśli często zmieniają tor, z zastanawiania się nad idealnymi proporcjami łydek i ud oraz kontemplowaniem załamań w sferze kolanowej, przeszłam na kwestie wierności. Bodźcem do zmiany tematu było zdanie sobie sprawy z tego, że inni mężczyźni są dla mnie jacyś tacy aseksualni. Zaczęłam zastanawiać się nad tym skąd bierze się we mnie tak silne poczucie, że zajęty mężczyzna jest bezpłciowy, jak również, że wszyscy są bezpłciowi kiedy ja jestem zajęta kimś.

Doszłam do zatrważających wniosków. Otóż ja kompletnie nie jestem w stanie być wierna żadnemu mężczyźnie. (Wierność definiuje przez to co powszechnie okazuje się w filmach i reklamach płatków śniadaniowych)  Nie potrafię się zarżeć, że będę zawsze z jednym jedynym. Zdaje sobie sprawę, że ludzie się zmieniają, że idealna para może się rozwinąć w osobnych kierunkach i już do siebie nie pasować, że najsłodszy króliczek może stać się wredną psią samicą, a najcudowniejszy misiek-pysiek może po paru latach być tylko męskim nieparzystym genitaliem. I nie chodzi tu o to, że rezerwuje sobie pole do zdrad i zerwania. Rozumiem, że ja też mogę się zepsuć i być może kiedyś nie da się ze mną wytrzymać. Nauczyłam się po prostu, że w życiu różnie może być i lepiej się nie zarzekać, coby nie narazić się na śmieszność.

Kwestia nie zdradzania jest dla mnie kwestia uczciwości i nie robienia krzywdy komuś. Nie potrafiłabym dawać komuś nadziei, że np. będziemy parą, kiedy ja tylko się bawię do czasu odnalezienia księcia z bajki, albo na parę chwil zanim wrócę do swojego faceta. Tak samo nie potrafiłabym (chyba, bo może mi się odmieni) dawać komuś złudzeń, że jest super i myślę o nim, a tym samym momencie tarzać się z kimś innym. Już wolałabym zadzwonić i powiedzieć, że zaraz nie wytrzymam i się puszczę ;] Nie macie pojęcia jaki szok przeżyłam podsłuchując rozmowę 2 studentów mechaniki, o koleżance, która kręci na raz z 3 chłopakami. Rozmawiali o tym jakby to była najnormalniejsza sprawa na świecie i jakby ona była diamentem bez skazy. A dla mnie to był zamach na moje poglądy moralne.

Tyle, że kwestia uczciwości wobec czyjegoś zaufania jest jednym, a tak samo rozumiana uczciwość wobec kogoś, kto sam nie legitymuje się nią wobec mnie jest czym innym. Czy ktoś kto kiedykolwiek zdradził może oburzać się na zdradzenie go? Czy „ale przecież mi wybaczyłaś/łeś” jest wytłumaczeniem? W tym przypadku jedyne co jest warte uczciwości to swoje uczucia i zasady. A zasady mogą się zmienić. Jakże w tym przypadku ciężko było by facetowi żyć tak żeby mieć pewność, że ktoś kto nie czuje potrzeby wierności jednak przestrzega.

Tak więc kolejny raz okazało się, że te bajeczki romentyczne są bujdą. W życiu liczy się prosty rachunek…

Po 4 piwach nic nie brzmi tak dobrze jak „Strawberry fields”

Nie potrafię wyrazić tego co przeszywa moje ciało kiedy słyszę pierwsze nuty tego utworu, ale muszę przyznać, że nigdy nie brzmi tak dobrze jak po 4 piwach ;]

Nie będę już nic mówić…

„Let me take you down,
’cause I’m going to Strawberry Fields.
Nothing is real and nothing to get hung about.
Strawberry Fields forever.”

Z okazji „Dnia Kobiet” …

Dziś jest „Dzień kobiet”. Dokładnie nazywa się to „Dzień obskubywania frajerów przez przemysł kwiaciarski”. Dzień ustanowiony na pamiątkę ruchów walczących o dopuszczenie kobiet do życia publicznego. Dzień, który powszechnie miał przypominać drugiej połowie świata, że kobiety są równowartościowymi stworzeniami.

Po 100 latach od pierwszego „Dnia kobiet” mamy do czynienia z kompletnym pomieszaniem. Oto w ten dzień wielu prawdopodobnie-mężczyzn lata z rana/po pracy/po szkole do kwiaciarni, aby kupić swym niesamowicie „kobiecym kobietom” kwiatka, jednocześnie podśmiewając się z manifestacji feministek, bo to przecież babo-chłopy. Niektóre kobiety oczywiście szydzą z kwiatków, jednak większość się ich domaga, nie zdając sobie sprawy, że tym samym pogłębiają bzdurny stereotyp, zaprzeczający idei w imię której ustanowiono ten „Dzień”. Bo niby dlaczego dla kobiet należy kupować kwiaty, zwłaszcza, że one się niczym równorzędnym nie rewanżują?? No tak: kwiatki i takie tam bzdury należą się tylko kobietom, mężczyźni są na to zbyt poważni. Co więksi bezmózgowcy, nie silący się na zadumę w tym dniu, śmią nawet nazywać ten „Dzień” „świętem” ;]

„Dni” ustanawia się na czyjąś/jakąś cześć lub w celu zwrócenia uwagi na pewne problemy. Z jakiej racji osobom podpadającym pod dany „Dzień” należą się prezenty i życzenia? Czy jeśli 1 grudnia pójdę gdziekolwiek z kwiatkami i uśmiechem na ustach, złoże życzenia wszystkim chorym na AIDS z okazji tego, że są chorzy, to czy to będzie równie „miłym gestem”?? Zapewne robiąc to wzbudziłabym głębokie oburzenie wśród tych, którzy dziś zasilali budżety kwiaciarni.

Czy w takich okolicznościach, w tych wszytskich stareotypach o kobiecości i kwiatkach, obdarowywanie nimi nie jest głosnym powiedzeniem „jesteś głupią kurką i masz swoje 5 minut” ?? Czy nie jest to kompletne zaprzeczenie idei tego „Dnia” ??

Post

Taka mała uwaga:

Gdyby zbadać ilość osób głęboko wierzących, na podstawie ilości osób obchodzących ostatki i tłusty czwartek, wyniki byłyby zatrważające. W rzeczywistości jednak poszczących ((tak naprawdę, a nie dla picu nie jedzących mięsa w piątki) jest niewielu.

Ale z tego wszystkiego i tak najcudowniejsze jest to, że wśród tak zwanych „młodych”, przez post rozumie się zasadę: nie można jeść mięsa w piątki (a nawet przez cały post), ale schlać się jak świnia można jak najbardziej ;]