Szał ciał i wielki bulwers

Ostatnimi dniami mamy do czynienia z strasznym zbulwersowaniem narodu polskiego. Biorąc pod uwagę jak bardzo naród polski się bulwersuje, można by powiedzieć, że to nasza cecha narodowa ;]

Pewien dawny polityk jest szczęśliwy (nawet jeśli to tylko jego złudzenie), wiec staje się naturalnym obiektem ataku. To przecież takie naturalne, że człowiek szczęśliwy jest złem wcielonym i wzbudza bulwersując. Bawi mnie jednak to do jakiego stopnia doszło to wszystko.

Bulwersuje się każdy. A to nagle okazuje się, że człowiek nie ma prawa do rozwodu i bez względu na to w jakiej sytuacji rodzinnej się znalazł, musi w niej tkwić, bo nagle wszyscy kultywują wartości chrześcijańskie. A to jakaś zawistna baba nagle oburza się językiem narzeczonej, choć sama lepszego języka nie stosuje. Nagle okazuje się, że rozmawiający normalną, zwyczajową polszczyzną musi być idiotą, bo nie odzywa się „językiem wyższym”. Nagle wszyscy robią się poważni i nie tolerują żartów (w szczególności tych głupkowatych), wszak nikomu normalnemu takie żarty się nie zdarzają. Najciekawszym odkryciem ostatnich dni było to, że status narzeczonego/narzeczonej nie jest związany z oficjalna zgoda na zawarcie małżeństwa w przyszłości, lecz statusem cywilnym (zamężny mężczyzna, w trakcie rozwiązywania małżeństwa, nie może nazywać narzeczoną kogoś, komu się oświadczył ze skutkiem pozytywnym).

Wszyscy tacy święci, intelektualni i wspaniali…. tylko jakoś nie widać tego na ulicy…

Największą jednak radość sprawiają mi krytycy polityczni. Niegdyś ośmieszali, bo przecież to był „marionetkowy premier”, zwyczajny nauczyciel fizyki sterowany przez wodza. Jednym słowem był beeee, nieważny, nieistotny, starano się go zmarginalizować. Potem „marionetkowy premier” stał się super bohaterem, który postanowił wybić się z szeregów i za to został stłamszony i wygoniony, dla innych stał się nadzieją. Teraz tego „marionetkowego premiera” gani się za to, że nic nie zrobił kiedy był premierem i nagle to jego wina (a przecież mówiono, że nic nie mógł zrobić).

Wszyscy ganią pewne partie za brak demokracji wewnętrznej, za to, że blokuje się głosy odmienne od aktualnej linii politycznej, ze zamyka się usta jej politykom. A kiedy ktoś ma tego dość i wychodzi z niej, nagle wszyscy zaczynają od niego wymagać, aby żył według standardów, od których przecież odszedł.

Zewsząd słychać głosy oburzenia i zbulwersowania zachowaniem pewnego polityka, pewnej stacji TV, pewnych gazet. Tym, że ten płytki temat o bardzo niskim poziomie w ogóle wypłynął. Nikt nie zwraca jednak uwagi, że wypływa on dla nich po to żeby mogli popsioczyć, że to oni są na niskim poziomie, bo interesują się tym, bo kupują to, bo wszyscy zarabiają na tym, że oni się bulwersują. Nikt nawet nie puknie się w głowę i nie pomyśli na jak niskim poziomie i jak bulwersujące jest wtykanie nosa w prywatne sprawy innych osób i publiczne ich komentowanie…

Wszyscy lubią czuć się lepiej. Nie wszystkich jednak stać na „wysoki poziom”. O wiele łatwiej jest sprawić tak, aby zdewaluować poziom innych.

Ornitologicznie

Dookoła mnie robi się coraz bardziej odludnie, a zarazem coraz bardziej ptaszyście. Można powiedzieć, że ptaki ilością jak i różnorodnością jakieś 2 lata temu dorównały do poziomu z dzieciństwa, a rok temu znacznie ten poziom przekroczyły. Jako miłośnik przyrody i wróg cywilizacji ucieszyłam się niezmiernie ;]

Do 4 roku studiów Juwenalia w moim mieście odbywały się na początku czerwca, kiedy to wiele wszelakich szkół prywatnych i lżejszych kierunków ma już wolne. My jednak na budownictwie w tym okresie ostro zapierniczamy z projektami. Na 4 roku Juwenalia odbywały się w maju, zatem w końcu mogłam w nich uczestniczyć pełną gębą. Pewnego dnia wracałam sobie do domu około 2 w nocy. Wtedy pierwszy raz w życiu usłyszałam tak piękny śpiew. Cała melodia, składająca się z 5-6 zwrotek, śpiewana donośnym głosem w całkowitej ciszy, w parku na przeciw. Usiadłam na kamieniu pod domem i słuchałam tego ptaszka do 4 w nocy. Później robiło się coraz cieplej i świt nastawał coraz wcześniej. Ptaszek również coraz wcześniej się uaktywniał. W kluczowym momencie śpiewał już około 23. W tym okresie koło parku toczyła się budowa. Myślałam, że to może w związku z hukiem, ptaszkowi pomyliło się i śpiewa dopiero po nastaniu ciszy.

W następnym roku zaprzestano budowy i nastał okres zatrzęsienia ptactwa. Pierwszy raz na moim ogrodzie widziałam kosa. Przeżywałam ataki szpaków, w szczególności po ścięciu trawy, kiedy robaki były łatwo dostępne. Gawrony i kawki postanowiły zasiedlić park nieopodal i przelatywać nad moim ogrodem. Był też jakiś pięknie śpiewający ptak, tym razem jednak śpiewał troszkę krócej i jakby ciut inaczej, wieczorem przed zmierzchem, a nie w nocy.

Teraz jest już wiosna, choć znów jest zimno i pada śnieg ;] Czarne ptasiory gromadzą się i coś kombinują. Czasem robią zloty na nowo wybudowanym (jeszcze nie do końca – na razie jest tylko stan surowy). Już powoli robią sobie gniazda. Kos zagarnął mój ogród jako swój teren i odgania inne ptaki o podobnej jemu wielkości. Sikorek jakoś nie rusza, więc te spokojnie przylatują gromadami po kasze i suchy pokrojony chleb. Od czasu do czasu przylatuje nasza znajoma sójka. Sroki są rzadziej (a kiedyś miały u nas gniazdo i 3 lata z rzędu obserwowałam rodziców i młodocianych). Czasem widać inne ptaki, których jeszcze nie rozpoznałam.

Ponieważ sezon na ptactwo się rozpoczyna, znów wszczęłam swą edukacje ornitologiczną. Z tej okazji chciałam polecić fajną stronę z głosami różnorakich ptaków, niestety bez zdjęć. Przy okazji opowiedzieć o moich przypuszczeniach:

Rok temu, tym śpiewającym ptakiem, bez żadnych wątpliwości był kos. Widzieliśmy go z bliska.
Śpiewał dokładnie tak: Kos

Dwa lata temu śpiew był jednak inny i o innej porze. Bardziej przypominał ten: Słowik Szary 1, Słowik Szary 2. Całkiem podobnie, jednak bardziej donośnie i z wyraźnymi seryjnymi „uderzeniami językiem” (nie wiem jak to inaczej nazwać). Ponadto przeczytałam, że „woli śpiewać z wyżej położonych miejsc (do 10m)” oraz „W Polsce słowik szary należy do ptaków średnio licznych lęgowo. Przylatuje do nas w kwietniu-maju, a odlatuje w sierpniu-wrześniu.”… co się również zgadza. Tylko, że słowik w centrum miasta? I to w dodatku tylko przez rok, kiedy w następnym roku słychać było śpiew podobny (jak dla mało wprawionego muzycznie i mało obeznanego ornitologicznie ucha).

Mało tego: Pamiętam dokładnie przepiękną piosenkę Beatlesów, z której wynikało, że to kos śpiewa nad ranem ;] Szkoda, że nigdzie nie ma opisanych godzin, w których ptaki śpiewają zazwyczaj…

A na koniec tego, zapewne nudnego, wywodu o ptaku, który niesamowicie mnie zauroczył/zniewolił 2 lata temu … wyżej wspomniana piosenka:

Z okazji walentynek…

Chciałabym wyrazić jak wielkie uwielbianie czuje do Ole Einara Bjoerndalena. Od dziecka go uwielbiam. Gość jest niesamowity, choć ostatnio nie stara się tak bardzo. Wcale mnie to nie dziwi, bo ile można być najlepszym na świecie? Niech on sobie biega spokojnie dla radości, a ja i tak będę patrzeć na niego z podziwem ;]

Wyniki z dzisiejszego biegu:

Mistrzostwa Świata, sprint mężczyzn, 10 km:

1. Ole Einar Bjoerndalen (Norwegia) 24.16,5 (2 karne rundy)
2. Lars Berger (Norwegia) strata 1,2 (2)
3. Halvard Hanevold (Norwegia) 12,5 (0)
4. Alexander Os (Norwegia) 24,6 (1)

<jupi>

Gdybym miała być sportsmenką chciałabym być biatlonistką. Niestety: nigdy nawet nie miałam profesjonalnych nart na nogach…

Kawał na dziś

Ostatnimi dniami chciałam napisać dwie notatki, ale nie miałam weny i porzuciłam je po kilku zdaniach. Ciekawe czy dziś uda mi się je dokończyć. Póki co: kawał na dziś.

Rozmawia dwóch psychologów:
– Wiesz, to dziwne – mówi pierwszy – Wystarczy krzyknąć „aaaaaa!” w bibliotece, a wszyscy się na ciebie gapia w milczeniu.
– A próbowałeś zrobić to samo w samolocie? – mówi drugi. – Wszyscy się przyłączają.

Jestem przekonana, że przy odrobinie dobrej woli można wyciągnąć z niego jakiś mądry morał oraz głębokie wynurzenia o kondycji jednostki w obliczu pogoni za przypodobaniem się społeczeństwu ;]

Konkubinat

Kiedy słucha się osób oponujących za formalizacja konkubinatów (zwanej „legalizacja”, choć jeszcze konkubinaty nie zostały zakazane/zdelegalizowane prawnie) zastanawiam się o co im do cholery chodzi.

Osoby żyjące w konkubinacie mają mieć takie same prawa jak małżeństwa. Jedyną różnica mają być rozwody. Niby problemem dla tych ludzi jest pójście do urzędu i podpisanie papierka, który niby nic nie znaczy. Niby bez niego też się kochają, wiec na przekór nie chcą jego mieć. Jednocześnie zawsze odezwie się ktoś, kto wysunie argument o tym, ze papierek nie jest gwarancją, że małżeństwa się rozwodzą, wiec oni nie chcą być małżeństwem. Jakby brak papierka miał im pomóc być ze sobą całe życie.

W tej całej kwestii wychodzi na wierzch niezrozumienie tematu. Ludzie ślub traktują jako sakrament, magiczne przysięgi itp, nawet jeśli odbywa się to w Urzędzie Stanu Cywilnego i nie ma nic wspólnego z obrządkiem religijnym. A przecież małżeństwo cywilne jest niczym innym jak podpisaniem umowy, w której 2 strony zobowiązują się do „prowadzenia spółki”. Małżeństwo nie jest niczym innym jak formalizacją związku partnerskiego dwojga ludzi, z którego mają oni pewne korzyści i obowiązki prawne. Czymże innym ma być formalizacja konkubinatu?

Oponujący za formalizacją konkubinatów domagają się takich samych praw jakie przysługują małżeństwom. Nie chcą mieć jednak tych samych obowiązków. Obowiązkową sprawą w „umowie o wspólnej działalności dwojga ludzi” jest sądowe zakończenie działalności. Wyobraźmy sobie kilkunastoletni konkubinat z potomstwem. Wyobraźmy sobie jego rozstanie. Kto ma w takim związku rozstrzygać kwestie podziału majątku, opieki nad dziećmi? Jeśli para dogada się miedzy sobą to ok, ale jeśli nie? Oczywistą możliwością rozwiązania sporu jest sąd. Tak samo w kwestii śmierci i tej często przywoływanej rodzinie, która zabiera konkubentowi majątek, bo był zapisany na partnera. Sprawa udowodnienia ile z majątku konkubenta przypada jego partnerowi z racji życia przez dany okres czasu i wspólne dorabianie się, jest możliwa tylko sądownie.  Czy nie lepiej zatem ułatwić rozwody „za porozumieniem stron”, zamiast dublować rozwiązania?

Dla niektórych problemem jest ceremonia w USC. Konkubinat ma być w tej kwestii znacznie prostrzy. Wystarczy wpisać w odpowiednią rubrykę nazwisko kogoś, kogo uprawnia się o np. podejmowania decyzji i zaglądania w dokumentacje medyczną. Nie widzą oni jednak problemu z powiadamianiem wielu placówek medycznych o zmianie konkubenta.

Wprowadzenie konkubinatu dużo zmienia w kwestii homoseksualistów. A przynajmniej niektórzy mają nadzieję na to. Jednak wielu chce aby konkubinaty miały takie same prawa w ramach adopcji czy in vitro jak małżeństwa. Stan prawa współgra z nastawieniem społeczeństwa, a społeczeństwo w powalającej większości nie godzi się na adopcje dzieci przez homoseksualistów ( już nie tylko o uprzedzenia chodzi, ale np. o kwestie psychologiczne i tym podobne). Tak więc jeśli chcemy wprowadzić status konkubinatu to bez prawa do adopcji i in vitro (w imię działania dla dobra i spokojnego rozwoju dziecka),  albo wprowadzamy konkubinat tylko dla heteroseksualnych z możliwością adopcji i in vitro. Wprowadzenie obu opcji (adopcji/in vitro i homoseksualnych konkubinatów) wiąże się z wprowadzaniem wyłączeń i wyjątków, a to komplikuje prawo.  Prawo z założenia ma być jasne i przejrzyste dla obywateli. Tak więc przy obecnych nastrojach społecznych raczej nie liczyłabym na zgodę na taki sposób formalizacji związków homoseksualnych.

Kluczem do załatwienia sprawy jest zatem zaprzestanie rozumienia słubu cywilnego w zrozumieniu takim, przez jakie rozumie się małżeństwo w religii chrześcijańskiej oraz ułatwienie rozwodów za porozumieniem stron.

Kościół gubi się w swych dogmatach i wytycznych

W sprawie odłączania ludzi od aparatury „na siłę” utrzymujących ich przy „życiu” co jakiś czas jest bardzo głośno. Temat jest bardzo medialny i wyśmienicie nadający się do lansu politycznego. Coraz częściej wydaje mi się, że oświadczenia Kościoła Katolickiego w kwestiach życia i śmierci są już tylko lansem, gdyż często są sprzeczne ze sobą.

Co ciekawe: takie festiwale pod tytułem „kto głośniej naszczeka na innych” odbywają się tylko w sytuacjach, kiedy osoba odłączana w danym stanie jest już długo. Nikt nie bije piany, kiedy odłącza się osobę świeżo podłączona (załóżmy po wypadku), która przy udziale współczesnej medycyny można by podtrzymać przy życiu jeszcze kilka lat. Medycyna już teraz potrafi uruchomić serce, które przestało działać. Niedługo być może będzie w stanie sztucznie podtrzymywać przy działaniu każdy narząd. Można by tak każdego człowieka podłączyć tuż przed śmiercią do maszyny i utrzymywać go przy życiu następne 20, 30, 40 lat. Pytanie tylko co to za życie?

Kiedy jednak chodzi o osoby podtrzymywane w kilkunastoletnich śpiączkach, które nie mają najmniejszych szans się wybudzić i samodzielnie żyć, które bez ingerencji maszyn już dawno by nie żyły … w takich przypadkach zawsze znajdzie się grupa pokrzykująca coś o morderstwie i takich tam frazesach.

Siłą nadającą samą sobie niemal wyłączne prawo do decydowaniu o tym co moralne, a co niegodziwe jest Kościół Katolicki. Choć nie jest on jednolity do końca i istnieją w nim głosy nie radykalne, to wielu ludzi Kościoła oraz utożsamiającym się z nim i jego wartościami stara się narzucić swą pokręconą moralność wszystkim. Ponieważ właśnie ta grupa najgłośniej szczeka, na co nie reaguje w stopniu wystarczającym grupa mniej radykalna, staję się ona reprezentantem całego Kościoła.

Jednym z tematów, w którym Kościół Katolicki walczy o monopol i prawo do oczywistej oczywistości, jest kwestia życia i śmierci. W tej fantastycznej oczywistej oczywistości mamy kilka wykluczających się argumentów:

1)   Tylko Bóg może decydować o początku i Końcu życia ludzkiego.
2)   „Akt małżeński” jest czynnością z założenia prowadzącą do poczęcia potomstwa z woli Boga. Dlatego też nie można stosować praktyk uniemożliwiających doprowadzenie do „woli Boga” (antykoncepcja i inne).
3)   Poczęcie nie w wyniku „woli Boga” jest niesłuszne z powodu zawartym w punkcie 1. Przemilczam tu kwestie uśmiercania, zamrażania poczętych zygot, godności, którą ponoć traci człowiek itp, gdyż wyeliminowanie tych „niedogodności” nie sprawiłoby, że Kościół zgodziłby się na in vitro.
4) Człowiek nie ma prawa decydować o śmierci innego człowieka (zostało to przykazane)  Nie ma też prawa ingerować w swoją śmierć. Umrze kiedy będzie chciał tego Bóg.

Niby jasne i logiczne. Kościół ma prawo tego wymagać, gdyż niejako to wynika z pism i tradycji. Założenie, że istnieje istota mająca włacze nad ludzmi pociąga za sobą taki właśnie tok myślenia. Ale coś w tym szwankuje kiedy do woli Boga dochodzi i staje się jakaś tragedia: wypadek drogowy, zawał serca, śpiączka. Nagle okazuje się, że można ingerować w „wole Boga”, ktory sprowadza na człowieka śmierć. Można tego człowieka ratować. BA! Można utrzymywać go przy „życiu” przez kilkadziesiąt lat, mimo iż bez podtrzymywania życia juz dawno dokonałaby się „wola Boga” i dany człowiek by zmarł. Czyż to nie hipokryzja?? Dochodzimy zatem do tego, jak rozumieją ten temat Świadkowie Jehowy. Dlaczego zatem fanatyczni katolicy tak często plują jadem w ich strone?

Aerobiczna szóstka Weidera

Aerobiczna szóstka Weidera Od jakiś 4 lat mniej ćwiczę. Od roku prawie w ogóle. Kondycja spadła mi tragicznie, ciało nie dość, że większe to jeszcze flakowate. A ja zawsze chciałam mieć silny brzuch i tyłek jak Jagienka z krzyżaków… Postanowiłam zatem wrócić do katowania się na siłowni i ponadto ćwiczeń domowych. Jestem już po miesiącu wracania do formy. Siłowo wróciłam szybko, ale nie dam rady wykonywać już tyłku powtórzeń na brzuch i tyłek jak kiedyś.

Postanowiłam spróbować „aerobiczną szóstka Weidera” i jestem już przy 8 dniu. Czuje, że mam o wiele bardziej sprawny brzuch niż 1-2 dnia. Ale jak nie zanudzić się i nie pomylić się w liczeniu przy 24 powtórzeniach, kiedy mam problemy z liczeniem do 8 ?? :-)

Temat zastępczy

Życie polityczne zaczyna mnie coraz mniej interesować, a to wszystko przez coraz większe ogłupianie publiczności. Ma to miejsce za pośrednictwem tematów zastępczych, a kiedy jest źle wręcz „pocieszaczy”. Co raz: a to jakiś polityk palnie głupstwo nad którym debatuje cały kraj, a to jakąś mini aferę się wynajdzie i skreśli nic nieznaczących ludzi. A wszystko po to aby prasa nie szperała/węszyła, aby ludzie mieli poczucie uczestnictwa w życiu politycznym, aby ludzie zajmowali się tym co krzykliwe i zrozumiałe im, a nie jakąś gospodarką i trudnymi wyrazami.

Za PiSu też się o niczym poważnym nie mówiło, jeno o jakiś bredniach, ale przynajmniej śmiesznie było. Teraz nowa władza nawet godnej nas rozrywki nie reżyseruje. Jedynie biedny Palikot ociera pot z czoła, siląc się na nowe zadymy. Marnie mu to wychodzi, bo choć błazen nadworny i krzykacz, to zamiast śmieszyć – prawdę mówi. Prawdę brutalna i niekulturalną, ale jakże bliską nam, szarym ludziom niedotkniętym przymusem konwenansów.

Swojskim podwórkiem nie zajmuję się juz od dawna. Za to ostatnimi czasy żenuje mnie nad wyraz „cud nad Hudson”. Amerykański system konsumpcji chyli się ku upadkowi, więc trzeba dać prostemu ludowi uciechę i otuchę. Zjawił się zatem nowy bohater dokonując niebywały cud. Cudem tym co prawda jest standardowe zachowanie w tej sytuacji (posadzenie samolotu jak najbezpieczniej w miejscu bezludnym), jednak rozgłos w okół niego jakby conajmniej latał z prędkością naddźwiękową, w ciasno skrojonym uniformie i pelerynce. Cóż, nie ważne jaki bohater, ważne ile miejsca w gazetach i wiadomościach telewizyjnych zajmuje.

Nie mam pomysłu na tytuł

Przeanalizowałam sprawę filmów o gejach i samcach w ogóle.

Niedawno w TV znów leciał film o gejach. Jak można się domyślić również mi się podobał. Cofnęłam się wspomnieniami jeszcze dalej, czyli do okresu między świętami a sylwestrem. Przypomniał mi się jeden z najsłodszych widoków jakie widziałam na oczy.

Pewnej nocy nie mogłam zasnąć, wiec oglądałam film „Pokój z widokiem” z jedna z moich ulubionych aktorek (której udział w filmie zawsze uważam za wyznaczniki „dobrości” filmu i nigdy się na tym nie zawiodłam) i jednym z fajniejszych aktorów, o którym nic nie napisze, bo pewna osoba to czyta ;] W filmie tym była scena, w której główny bohater przyjechał do miasteczka i został zaproszony na pluskanie sie w stawie przez kompletnie nieznanego mu młodzieńca. W kwestie pływania wplątany został jeszcze pastor. Następnie cała trójka rozebrała się do naga, zaczęła pływać, pluskać się nawzajem i ostatecznie biegać w około stawu. Wszystko to z szczegółami, których nie będę opisywać, bo nie są tu ważne ;] Widok 3 dokazujących nago samców ucieszył mnie bardzo, lecz w tej radości nie było nic z podtekstów seksualnych. Znaczy się na pewno płeć osobników nie była mi obojętna, wszak widok 3 nagich samic mnie nie rusza, jednak nie to było w tym wszystkim ważne. To co mi się podobało, było raczej jak rozckliwienie na widok bawiących się szczeniaków czy kociaków. Po prostu taki uroczy widoczek. Wtedy też zastanawiałam się czy jestem normalna ;]

Sięgnęłam pamięcią dalej do 1996 roku i olimpiady w Atlancie. Lubiłam wówczas oglądać zapasy męskie, nie ze względu na rywalizacje sportową, lecz pewne zafascynowanie przepychankami męsko-męskimi panów dobrze zbudowanych, opakowanych w skąpe uniformy. To nasunęło mi na myśl wszelkie skojarzenia odnośnie sztuki starożytnej. Odkryłam, że podzielam zafascynowanie starożytnych Greków w tym temacie, tyle że oprócz kwestii estetycznych i fizycznych, rozszerzam temat o emocje. Zapewne też z tego samego powodu nie lubię facetów, którzy chodzą na siłownie i robią z siebie nieforemne, przerysowane klocki, nie uwzględniając w tym ich „budowaniu sylwetki” żadnych proporcji. Tacy faceci są dla mnie najbardziej nieatrakcyjni.

Ciekawi mnie to, czy gdybym była facetem z takimi zapatrywaniami, to czy byłabym homoseksualistą.