Ciche dni

Mam Ciche dni. Nie chcę mi się nic pisać. Jedynie wredna mucha latająca w moim pokoju od 3 tygodni mnie ożywia. Tak natrętnej i niedyskretnej muchy w życiu nie widziałam. Słychać ją w całym pokoju, kiedy siada na sreberka od jogurtów. Polubiłam ją. Musze tylko chronić baczniej jedzenie i kubki z herbatą, żeby do nich nie lazła.

100

Mam 99 komentarzy na blogu.
Kto zgarnie setkę?

Są takie okresy kiedy coś siedzi w mojej głowie, spogląda z ukrycia i wstydzi się wyjść. Teraz tak mam od kilku dni. Chce coś zrobić konkretnego, ale nic z tego co bym mogła nie jest w fazie „silnego chcenia”, takiego żeby ruszyć tyłek i zrobić to. Zbyt wiele czai się w mojej głowie chęci, żeby się na którąś zdecydować. No i to wieczne ale.

Wyraźnie potrzebuję pomocy w zdecydowaniu się. Jakiegoś impulsu z zewnątrz, który wymusiłby na mojej osobie działania. Jedyna osoba, która mogłaby mnie pobudzić do działania jest zbyt zapatrzona w siebie i niezdolna z kimkolwiek współdziałać, nawet jeśli jest to również w jego interesie.

Na razie moimi typami są:
– uczenie się, ale mam syf w pokoju (do uczenia się muszę mieć idealnie czysto)
– czytanie książki, ale nie wiem na jaką mam ochotę i poza tym mam syf w pokoju (do czytania muszę mieć idealnie czysto)
– sprzątanie, ale do tego muszę mieć coś do oglądania (jestem z tych ludzi, którzy nie mogą się skupić na jednym i muszą mieć jakiś „rozpraszacz, bo inaczej zamyślają się i nici z tego co trzeba robić), poza tym chmurno jest i nienastrojowo
– przejście się w poszukiwaniu butów do biegania i jakiegoś żakietu, spodni i bluzki, ale jestem z gatunku nienawidzącego zakupów i chciałabym pójść z kimś
– przejście się czysto sportowe, ale do tego chciałabym mieć kogoś z kim mogłabym pogadać w trakcie
– wiele wiele innych

Strasznie chce zacząć coś robić aktywnie, ale na nic konkretnego nie mam ochoty, nie na tyle mocno, żeby działać. Jeju jak ja bym chciała zacząć co dzień ćwiczyć tak jak kiedyś. Jak bym chciała coś poczytać. Jak bym chciała pouczyć się. Ale z tego natłoku spraw, które bym chciała, jak również z szumu w głowie, po prostu nie dam rady. Mam ogromne chęci, ale to są chęci, żeby chcieć, na nic więcej. A do tego ten szum, który przy każdej czynności mnie rozprasza.

Chyba muszę dziś wypolerować swój pokój na błysk, żeby jutro nie mieć już żadnej wymówki. Żeby choć liznąć to co bym chciała chcieć. Może wtedy coś się ruszy.

Gra

Dla zdrowia… dla relaksu: [tutaj]

Najlepsza fucha?

Sędzia piłkarski!!

„Świt zaczął wygrywać i gonić w tabeli rywali. W ostatnim meczu sezonu grał na własnym boisku z Górnikiem Polkowice. Przegrany w tym pojedynku spadał z ekstraklasy. Sędzia Grzegorz K. otrzymał propozycję korupcyjną z obydwu klubów – w imieniu Górnika pieniądze oferował Ryszard F. pseudonim „Fryzjer”. Mecz zakończył się remisem 0:0. Świt spadł, Górnik grał w barażach o utrzymanie. Za remis sędzia wziął 40 tys. od klubu z Polkowic, za wygraną miał obiecane 100 tys. zł. Podobną sumę oferowali przedstawiciele Świtu. Ostatecznie Świt spadł i Wójcik odszedł z klubu.” [źródło TU]

Czy może być lepsza fucha? Taki sobie sędziuje jak trzeba, a potem dostaje 100tys (chyba, że jest głupi/zbyt uczciwy to 40tys). Nikt się do niego przyczepić nie może, a kasa jest. Różnica tylko w tym kto płaci i kto jest szczęśliwy… ale co to za różnica?

PZPN

Kurator, groźby… beznadziejna sytuacja: albo w końcu zrobić porządek ale wylecieć z eliminacji, albo podkulić ogon i ustąpić. Nastąpiła niby porażka rządu… a tu dziś niespodzianka ;]

Jeszcze po dorwaniu Wójcika nie było widać tego tak wyraznie, ale teraz (po dorawniu Zdzisława K.) już nie mam wątpliwości: wyborów raczej nie będzie :-)

Róże

Zawsze myślałam, że zostawianie wyschniętych róż w flakonie jest przejawem mojego flejtuchostwa zaawansowanego. Dziś jednak kiedy zebrałam siły, że wyrzucić jedną z przed 3 tygodni, poczułam dziwny wewnętrzny opór. Zdałam sobie sprawę, że ja po prostu lubię zwiędnięte róże.

Ta przez pierwszy tydzień była „pierwszej świeżości”, przez następny bardzo powoli schła, dopiero teraz jest oklapnięta i sucha. O dziwo, po tych nowoczesnych, zmodyfikowanych różach woda nie śmierdzi, same kwiaty mało jej piją. Może to dlatego utrzymują żywotność tak długo. Niestety przez te uzdatnianie prawie całkowicie straciły zapach. Coś za coś.

Nigdy nie lubiłam dostawać kwiatów. Znaczy się dostawać ich na urodziny czy inne okazje. To taki bezsensowny pezent. Ani to przydatne, ani długoterminowe. Tolerowałam tylko te specjalne, i to dopiero jak zaczynały więdnąc. Ostatnio dostaje kwiaty tylko na przeprosiny. Może to dlatego podobają mi się dopiero po czasie, kiedy juz emocje opadną, kiedy zaczynają być wspomnieniem z przeszłości? A może lubie je tylko wtedy, kiedy są obiektem kumulującym sentymentalną zadume nad życiem? Może dopiero wtedy zdają się być czyms wicej niż zmarnowanym kwiatem, który kiedyś tak ładnie wyglądał jako krzew?  Może tak naprawde nie chodzi o kwiaty?

Nie chce mi się myśleć dziś…

… ale mogę się pośmiać ;]
Widziałam kiedyś podobne cudo na ulicy…
wszyscy się za nią oglądali i śmiali…
nie mogła nie zauważyć…
może źle interpretowała…

Tylko dla dorosłych

Marzenia o księciu z bajki

Każdy chyba zastanawiał się jaki powinien być jego partner życiowy. Na forach, przy piwie, w TV, wszędzie o tym się rozmawia od czasu do czasu. Ludzie mówią o poczuciu humoru, bezpieczeństwie, urodzie, zamożności, szaleństwie, spokoju. Ja zawsze mówiłam o fizyku teoretycznym. Nie żeby to był konieczny wymóg, ale to dużo mówi o tym czego potrzebuje w życiu.

Każdy ma jakieś potrzeby życiowe, do spełnienia których potrzebna jest mu druga osoba. Albo w ramach niemożności spełnienia czegoś samemu, albo po prostu do towarzystwa… albo dla pieniędzy ;]

Ja jestem typem „wilka stepowego”. Nie potrzebuje znajomych, przyjaciół. Ludzie czasem wręcz drażnią mnie i wole żeby na mnie nie zwracali uwagi. Jednak potrzebuje do życia kogoś dla kogo warto by ciągle się rozwijać, kogoś kto by mnie stymulował intelektualnie. Aby tak się działo musi on być obeznany w dziedzinach z którymi ja mam trudności, a jednocześnie w takim samym stopniu jak ja interesuje się „jego” dziedzinami, interesować się tym w czym ja jestem dobra. To wszystko po to aby ciągle się inspirować na wzajem, utrzymywać swoja wiedzę na wysokim poziomie. Dodatkowo potrzebuje mieć przy sobie człowieka otwartego, który jest w stanie surowo analizować każdy problem świata. Gotowego wynaleźć każdy argument, niezależnie czy byłby po jego myśli czy nie. Lubie takie „kłótnie intelektualne”, ale na koniec lubię wysuwać wnioski w miarę jak najbardziej obiektywne. Chciałabym tego samego od idealnego partnera.

W dziedzinach naukowych zawsze najciężej szło mi z fizyka. Niby wybrałam sobie techniczny fach, wiec powinnam fizykę i matematykę mieć w jednym palcu. Nie mogę powiedzieć żebym miała jakieś problemy, ale jakoś tak…. po prostu pasjonowałam się innymi przedmiotami, bardziej przyrodniczymi czy humanistycznymi (z dzisiejszego punktu widzenia, bo przecież jeden z największych humanistów wszech czasów- Leonardo Da Vinci ogromną cześć życia poświęcił inżynierii). Matematyka była dla mnie od zawsze tylko przedmiotem do badania prawdziwych nauk. Fizyką się interesowałam, ale od początku chciałam zbyt wiele, za zbyt trudne sprawy się zabierałam, ignorując podstawy. I tak nigdy nie opanowałam wzorów, nigdy nie umiałam ich przekształcać, ale zawsze jak było trzeba to nadrabiałam (dlatego zdołałam ukończyć studia na kierunku technicznym). Astronomia zawsze mnie pasjonowała. Będąc w 8 klasie podstawówki, miałam przeczytanej wszystkie książki o astronomii, ze szkolnej biblioteki. Tyle, że to co najbardziej ciekawe w niej właśnie zahacza o fizykę – więc leże na tym polu.

Rozumiecie już skąd ten fizyk teoretyczny? Miał mi przybliżać to czego nie rozumiem w nocy przed snem, a ja miałam czuć się zaspokojona intelektualnie;]

Oczywiście fizyków teoretycznych na świecie jest zbyt mało. Nie udało mi sie nawet zobaczyć na oczy takowego (no chyba że w telewizji) ;] Jednakże moge powiedzieć, że nie narzekam. To co mi się udało poderwać spełnia moje oczekiwania. Zawsze, kiedy coś naukowego mną zawładnie, moge o tym pogadać z nim, i nigdy nie ma „daj spokój, ferie są a ty o szkole”- kiedyś to usłyszałam od znajomego zaczynając wątek rozmowe o ulubionych książkach. A poza tym moja miłość jest strasznie kłotliwa i zawzięta, i nie ma siły żeby jakaś rozmowa ideologiczna nie była ciekawa i nie kończyła się ciekawymi wnioskami. Boje się tylko, że z czasem przestanie nam zależeć i będziemy jak warzywa intelektualne. Już mi zaczyna „wisieć” wszytsko. Mam nadzieję, że to tylko chwilowe.

Tak ciężko być wspaniałym

Chciałabym odkryć wszystkie swoje hipokryzje i opisać je na blogu. Potem zastanawiać się jak je rozwikłać. Ale świat jest tak skomplikowany, że chyba nie da się mieć jasnych zasad, idei, moralności… i stosować je po równo i sprawiedliwie.

Tak ciężko być wspaniałym i nieskazitelnym.

Ja też jestem hipokrytką…

… w moim, bardzo szerokim znaczeniu tego słowa ;]

Jest pewna kwestia, która nie wiadomo czemu jest we mnie bardzo mocno głęboko zakorzeniona Nie wiem skąd się wzięła. Myślę, że można to nazwać pewnym systemem moralnym. Jak zwykle opisze to bardzo okrężnie.

Człowiek stoi jedna nogą w pełnym biologizmie swej natury, drugą w systemie społecznym. Chęć współżycia społecznego niesie za sobą pewne obowiązki i ograniczenia. Wolność człowieka społecznego jest ograniczona wolnością innego człowieka. Musi on żyć tak, aby nie stwarzać zagrożenia dla innych. Musi grać według pewnych reguł ustanowionych dla dobra ogółu. Jest tu pewien mankament, bo przecież chcąc żyć na danym terenie objętym systemem społecznym (niemal cały świat pod to podpada) jest się z góry przymuszanym do życia w tym systemie. Ale wracając do teoretyzowania… Społeczeństwo jako pewien monolit, ma prawo ograniczyć pewne prawa dla członka, który działa na jego niekorzyść. W ramach tego wchodzi również prawo do odosobnienia skrajnie niebezpiecznych przypadków, lub nakazania im pewnej jak to się mówi „resocjalizacji”.

Inna strona istnienia człowieka, ta czysto biologiczna, wychodzi poza zakres uprawnień do ograniczania przez społeczeństwo. Zycie ludzkie oraz wszelkie jego uwarunkowania fizjologiczne,  jako istoty biologicznej są nienaruszalnym i niezbywalnym jego elementem. Społeczeństwo nie może ograniczyć człowiekowi prawa do życia, jedzenia i picia, wydalania, oddychania, popędu seksualnego (bez względu czy prowadzi on do przedłużania gatunku, czyli nadrzędnego, choć niepojętego sensu istnienia każdej jednostki biologicznej w imię ciągłości życia – czy też dla czystej przyjemności). Nie może pozbawiać człowieka jego fizyczności: nóg, głowy, jąder. Nie może zabijać czy kastrować w imię działania w systemie. To po prostu jest inny poziom istnienia. Społeczeństwo nie ma kompetencji, żeby zajmować się biologicznością człowieka.

W kwestii pedofilów jestem przeciw kastracji. Można wymusić na nich życie według naszych reguł (leczenie czy odseparowywanie), ale nie można im odebrać cząstki biologicznej ich bytu. Należy ich leczyć, można dać wolną wole w wyborze kastracji, można pilnować czy odseparowywać. Nie można pozbawiać ich czegoś tak naturalnego jak jądra i popęd seksualny. Nie trwale.

I tutaj pojawia się moja hipokryzja: Jestem przeciw kastrowaniu pedofili, a jednocześnie mam wysterylizowaną kotke. Skoro nie możemy pozbawiać człowieka prawa do jego biologiczności, nie możemy też robić tego innym zwierzętom. Ale jak mieć zwierzaka, który co pół roku rodzi 6 kociaków? A moja kotka za pierwszym razem, jako gówniara, urodziłą właśnie 6. Nigdy w życiu nie pozbawiła bym ją choć tego pierwszego rozrodu. Jest istatą żywą i ma prawo zaspokoić naturalny instynkt przedłużania gatunku. I co dalej? Wygrał relatywizm moralny, „lepsze zło”… I ta hipokryzja bardzo na mnie ciąży. Chciała bym być czysta etycznie.

Altruizm

Znów coś co nazwę hipokryzją [TU]

Altruizm jest jak najbardziej rodzajem egoizmu. Bo czy ktoś widział, żeby ludzie robili „coś” świadomie w czystej postaci „dla innych”? „Coś” co nie jest bezmyślnym impulsem? To „coś” co jest w pełni przemyślanym działaniem w intencji zrobienia czegoś dla kogoś?

Obserwowałam taki fajny egoizm altruistyczny w Regionalnym Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa. Ludzie przebywając tam są tacy mili, tacy kulturalni, tacy chętni do pomocy, ustępowania. Mają takie rozanielone minki. Ja sama nie mogę się powstrzymać od poczucia wszechogarniającej moje JA dobroci ;] Te teksty o „bezinteresownym robieniu czegoś dla innych”… Ale czy to jest prawdą? Czy Ci sami ludzie robiliby to, gdyby nie sprawiało im tej przyjemności „bycia dobrym”. Czy naprawdę idąc tam myśleli o bezinteresowności? Czy może ludzie robią to, ze względu na potrzebę czucia się wspaniale. Przecież nikt z tych ludzi (również JA) nie chodzi tam pomimo: bólu, obrzydzenia, słabości na widok krwi. Te przymioty są raczej zrozumiałe na tyle, żeby ktoś kto je odczuwa, nie szedł tam. Nikt z tych „dobrych” nie nazwałby chamskim egoistą kogoś, kto boi się ukłuć i mdleje na widok krwi i dlatego nie chodzi na krwiopicia… Bycie „dobrym” jest tak rozreklamowane (w przeciwieństwie do egoizmu czystego), że kiedy tylko nie jest to problemem, ludzie do tego prą. W RCKiK za godzinkę/dwie można właśnie dostać „dobroć” na zasadzie wymiennej… A potem już czysto materialnie cieszyć się czekoladami (to dla tych którzy je lubią :D)

Za pomoc dla znajomych, rodziny, przyjaciół też czegoś się wymaga. Nawet jeśli nie są to rzeczy materialne, to pojawia się kwestia szacunku, czy „kiedyś ty mi pomożesz”. A przecież za taką bezinteresowną pomoc nie powinniśmy wymagać odwzajemnienia. Tylko skąd potem te żale, kiedy tej wzajemności nie otrzymamy. Skąd te wyrzuty „ja mu pomagałem, a on teraz…” Czy jesteśmy w stanie świadomie zgodzić się na pomoc komuś, wiedząc, że nie spotka się to z szacunkiem, wdzięcznością, że przejdzie bez jakiegokolwiek zauważenia ze strony obdarowanego pomocą?? Praktyka pokazuje, że nie bardzo i jak już to w ramach wyjątku.

Weźmy taki inny przykład: czynienia dobra z pobudek religijnych takich jak miłosierdzie itp. W przypadku kierowania się tymi względami nie ma mowy o bezinteresowności. Zawsze jest interes w postaci przyszłości w niebie. Do tego jest straszak w postaci piekła. Tutaj nawet może nastąpić względny masochizm (nadstawianie się na cierpienia, nieprzyjemności, zgon), ale zawsze jest w tym interes.

Egoizm, tfu tfu.. altruizm jest tak pożądanym i błogosławionym przez wszystkich działaniem, że staje się sposobem na lans. Lubimy się otaczać ludźmi „dobrymi”, egoistów zostawiając samych sobie. A niech zdechną w samotności ;] Czy to nie jest obłudne? Czy nie lubimy ludzi skorych do czynienia „bezinteresownego dobra” dlatego, że kiedyś może się nam to przydać?

Czy nie pochwalamy altruizmu, kiedy czyni nam dobrze lub jest nam obojętnie? Czy nie potępiamy altruizmu w stosunku do naszych wrogów? ;]

Taki to niepopularny tok myślenia… ale ja tam chrzanie popularność.

Jakiś poziom

Doświadczyłam w realnym życiu czegoś, co najbardziej potwierdza tezę, o tym jak łatwo wyrównywać w dól, a jak ciężko w górę. Widziałam człowieka, który trzymał jakiś poziom mimo wszystko, ale kiedy zaczął pracować z prostakami sam zprostaczał.

Teram coś takiego obserwuje na pewnym forum, które stacza się poziomem.

Może wyznacznikiem pewnego poziomu osobistego nie jest to, że ktoś „potrafi porozmawiać o wszytskim” i takie inne popularne hasełka, ale to czy potrafi utrzymać ten poziom i nie stoczyć się kiedy inni równają w dół??

Można się już śmiać

„- Tu się już tylko można śmiać – skomentował Lech Kaczyński”

No to oficjalnie już można… Pewnie szykują na jutro jakieś poważne atrakcje. Nie mogę się doczekać. Dawno nie oglądałam kabaretów, ale czy ten będzie w TV na żywo?

Cytując opis na gg znajomego: „Kto ma pilota ten ma władze” (nawiasem gratuluje świetnych opisów – nie musze pisać komu, pewnie sam się odezwie:) )

Matt Damon

Matt Damon ma tak ładne ząbki, że aż patrzeć na niego nie mogę. Jeju jak ja bym chciała takie mieć ;]

Statystyka

To czego nauczyłam się na wykładach i ćwiczeniach ze statystyki i metod matematycznych to:

„Miłość jest w życiu najważniejsza, wyznacznikami można zająć się później”
„Nie można budować swego szczęścia na nieszczęściu innych”

A to wszystko było wypowiadane z ust bardzo sędziwego już profesora doktora habilitowanego inżyniera, który już dawno powinien być na emeryturze. Oświadczył nam kiedyś, że kiedyś zależało mu na tym co wykładał, a teraz wie, że to wszystko nie ma znaczenia ;]

Mówił nam kiedyś też, że najważniejszy jest rozwój intelektualny. To on pozwala zachować sprawność do późnych lat (również fizyczną). Kiedy człowiek przestaje, szybko ramoleje i grzybieje. Trzeba mu przyznać racje, bo patrząc na tych wszystkich prof. dr hab. inż. koło 70 roku życia, aż się wierzyć nie chce w prawdziwość ich metryki.

Zawsze bałam się starości. Kiedyś nawet napisałam to w ankiecie na języku polskim w podstawówce jeszcze, wcale nie anonimowej, odczytanej zresztą potem przy całej klasie. Jakież było zdziwienie nauczycielki, kiedy po „boję się pająków, węży” itp. odczytała, że właśnie ja „boję się starości”.

Chciałabym się rozwijać intelektualnie do końca życia, ale widze pewne znurzenie i cząstkę rezygnacji w obecnym etapie mojego życia. Wiem, że jak się teraz nie otrząsne, to pózniej nie bedzie mi sie w ogóle chciało. Nie tylko rozwój intelektualny u mnie się spowolnił. Również piłke nożna, rozwój fizyczny, zdrowe życie kuleje u mnie. Czas się wziąć w garść wkońcu i wrócić do tego co naprawde lubiłam!!

Równouprawnienie w związkach ;]

Cudowna sprawa z tym równouprawnieniem w związkach. Czytuje sobie forum dość często. W pewnych sprawach pomogło mi to spojrzeć innymi oczami, szczególnie na tematy typowego konfliktu między płciami. Wychowujemy się wszyscy w takiej a nie innej kulturze, która ma takie a nie inne spojrzenie na role kobiet i mężczyzn, często całkowicie niezgodna z logika, ale zasiedziałą na zasadach tradycji. Nawet najbardziej racjonalnej i wyzwolonej ze stereotypowości kobiecie, ciężko czasem nie popaść w te wyuczone schematy zachowań, gier z mężczyznami czy kobietami itp.

Czytuje sobie forum i oto co zauważyłam:
– kiedy kobieta nie ma pracy, mniej zarabia, ma wydatki: to mężczyzna powinien bez słowa wziąć na siebie ciężar utrzymania domu (czynszu, opłat) w całkowitym bądź większym stopniu… bez względu na to ile ona ma oszczędności i na to, że on chciałby coś zaoszczędzić z wypłaty… do czasu aż kobieta zacznie zarabiać tyle, że będzie mogła się dorzucić… mężczyzna nie ma prawa brać czegokolwiek z oszczędności kobiety, bo to jest zwyczajnym żerowaniem na niej… i jeszcze niech się nie odważa, biorąc od niej pieniądze, sypiać z nią i mieć z tego jakiś profity łóżkowe!! (szczyt bezczelności)
– kiedy mężczyzna nie ma pracy, albo jego dochody są tak niskie, że życie na poziomie, jaki wyobraża sobie kobieta, wymaga dokładania do niego: mężczyzna jest leniem i należy go pogonić, albo dać ultimatum na szybkie znalezienie pracy… a życie z takim pasożytem jest oczywiście marnowaniem sobie życia.

Uwielbiam taki „typowo kobiecy” tok myślenia….
Oczywiście kasa się nie liczy – tylko wnętrze ;]

Richard Dawkins

W pewien sposób ten pan mi imponuje tym jak potrafi prowadzić rozmowy. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale jest w nim coś co nazywam „bezczelnością intelektualną”
Tutaj dwa odcinki jego dokumentu „Źródło wszelkiego zła?”:

„Bóg urojony”
[1/5]
[2/5] [3/5] [4/5] [5/5]
„Wirus wiary”
[1/5] [2/5] [3/5] [4/5] [5/5]

Boskie ;]

Umiejętność posiadania i bronienia swojego zdania

Zdumiewa mnie jak wielu ludzi pobłaża przytakiwaniu. Ludzie mający swoje zdanie powszechnie są wrogami towarzyskimi. Ogólnie zdecydowana większość społeczeństwa nie lubi ludzi odważających się im sprzeciwiać, wprost wytykać ich błędy merytoryczne.

To wręcz śmieszne, jak ktoś odważający się mówić coś, co nie jest „jedynie słuszną linią”, i do tego mający poważne argumenty, jest nazywany upartym/zarozumiałym. Najczęściej w sytuacji, kiedy stronie nie lubiącej silić się na argumentacje swoich poglądów (wszak najczęściej nie są zbyt różne od tego co mówi się w okół) nie udaje się wygrać sporu. Fantastyczny sposób na prowadzenie dyskusji. Osoba z silnymi argumentami w tej sytuacji jest na przegranej pozycji, bo w oczach potakiwaczy dalsze bronienie swego zdania jest dowodem na zarozumiałość i kłótliwość. Rozmowa zaczyna się od pewnej tezy, a kończy się wiecznie tym samym stwierdzeniem.

Może zbyt wiele wymagam od ludzi, ale nie potrafię szanować osób chcących usilnie sprowadzić wszystko do tego co oni myślą na dany temat, nawet nie siląc się na obronę swego zdania. Nie potrafię szanować ludzi, dla których to, że ktoś ma inne zdanie i jest w stanie obronić je, jest dowodem, nie na swoją głupotę, ale zarozumiałość tamtego. Nie jestem w stanie szanować ludzi ucinających rozmowę tylko dlatego, że ktoś ma silniejsze dowody lub silniejszą perswazje. Nie jestem w stanie szanować ludzi tolerujących tylko potakiwanie im i tworzących swoje środowisko względem potakiwactwa.

Takie zachowania są dla tych, których Nietzsche nazwał podludzmi. Ja potrafie szanować tylko nadludzi.