Wierność i ładne nogi

Czy ja już na blogu pisałam o tym co w męskim ciele lubię najbardziej? Oczywiście dla każdej kobiety (poza zakonnicami) z męskiego ciała przydatne są jedynie genitalia… estetycznie jednak popularna jest jakaś dziwna nagonka na męskie pupy. Nie rozumiem tego, gdyż nie ma nic bardziej pokrętnego niż wychudzony samczy tyłek, jak również nic bardziej aseksualnego, niż jędrne/sprężyste/sterczące/kobiece pośladki u mężczyzny.

Ja najbardziej cenie sobie męskie nogi! Wcale nie muszą być jak z starożytnych posągów greckich czy rzymskich. Mogą być chude i kościste, ale muszą mieć odpowiednie proporcje i zaokrąglenia.

Z pośród sportowców najładniejsze nogi mają tenisiści, tak więc lubuję się w tenisie. Dziś na siłowni spoglądałam na cudne nóżki Federera i Vardasco, a koło mnie chodzili paskudni/nieproporcjonalni faceci z przyrostem guzów (bo czasem ciężko to “coś” nazwać mięśniami na pierwszy rzut oka).

Ponieważ moje myśli często zmieniają tor, z zastanawiania się nad idealnymi proporcjami łydek i ud oraz kontemplowaniem załamań w sferze kolanowej, przeszłam na kwestie wierności. Bodźcem do zmiany tematu było zdanie sobie sprawy z tego, że inni mężczyźni są dla mnie jacyś tacy aseksualni. Zaczęłam zastanawiać się nad tym skąd bierze się we mnie tak silne poczucie, że zajęty mężczyzna jest bezpłciowy, jak również, że wszyscy są bezpłciowi kiedy ja jestem zajęta kimś.

Doszłam do zatrważających wniosków. Otóż ja kompletnie nie jestem w stanie być wierna żadnemu mężczyźnie. (Wierność definiuje przez to co powszechnie okazuje się w filmach i reklamach płatków śniadaniowych)  Nie potrafię się zarżeć, że będę zawsze z jednym jedynym. Zdaje sobie sprawę, że ludzie się zmieniają, że idealna para może się rozwinąć w osobnych kierunkach i już do siebie nie pasować, że najsłodszy króliczek może stać się wredną psią samicą, a najcudowniejszy misiek-pysiek może po paru latach być tylko męskim nieparzystym genitaliem. I nie chodzi tu o to, że rezerwuje sobie pole do zdrad i zerwania. Rozumiem, że ja też mogę się zepsuć i być może kiedyś nie da się ze mną wytrzymać. Nauczyłam się po prostu, że w życiu różnie może być i lepiej się nie zarzekać, coby nie narazić się na śmieszność.

Kwestia nie zdradzania jest dla mnie kwestia uczciwości i nie robienia krzywdy komuś. Nie potrafiłabym dawać komuś nadziei, że np. będziemy parą, kiedy ja tylko się bawię do czasu odnalezienia księcia z bajki, albo na parę chwil zanim wrócę do swojego faceta. Tak samo nie potrafiłabym (chyba, bo może mi się odmieni) dawać komuś złudzeń, że jest super i myślę o nim, a tym samym momencie tarzać się z kimś innym. Już wolałabym zadzwonić i powiedzieć, że zaraz nie wytrzymam i się puszczę ;] Nie macie pojęcia jaki szok przeżyłam podsłuchując rozmowę 2 studentów mechaniki, o koleżance, która kręci na raz z 3 chłopakami. Rozmawiali o tym jakby to była najnormalniejsza sprawa na świecie i jakby ona była diamentem bez skazy. A dla mnie to był zamach na moje poglądy moralne.

Tyle, że kwestia uczciwości wobec czyjegoś zaufania jest jednym, a tak samo rozumiana uczciwość wobec kogoś, kto sam nie legitymuje się nią wobec mnie jest czym innym. Czy ktoś kto kiedykolwiek zdradził może oburzać się na zdradzenie go? Czy “ale przecież mi wybaczyłaś/łeś” jest wytłumaczeniem? W tym przypadku jedyne co jest warte uczciwości to swoje uczucia i zasady. A zasady mogą się zmienić. Jakże w tym przypadku ciężko było by facetowi żyć tak żeby mieć pewność, że ktoś kto nie czuje potrzeby wierności jednak przestrzega.

Tak więc kolejny raz okazało się, że te bajeczki romentyczne są bujdą. W życiu liczy się prosty rachunek…