Dogłębnie obmyślając sprawę “atrakcyjności samców” doszłam do wniosku, że ze wszystkich samców, jakich miałam okazje widzieć w garniturze, tylko 4 wyglądało naprawdę super. Z całej reszty połowa wyglądała średnio, beznamiętnie. Druga połowa nie dość, że posturą i wewnętrzną gracją nie nadawała się do tego typu ubrań, to jeszcze nie miała kompletnie zmysłu estetycznego i nie potrafiła dobrać garnituru.
Garnitury nie na wszystkich wyglądają dobrze. Trzeba mieć jakąś wewnętrzną gracje, żeby powalać elegancją i urokiem w takim stroju, żeby aż “błyszczeć” na całą okolice. Nie wszystkim dobrze jest w garniturze, nie wszystkim jest dobrze w dresie ;]
Taką osobą naj, naj najlepiej wyglądającą w garniturze był mój nauczyciel historii z ogólniaka. Trzeba mu przyznać, że idealnie potrafił dobrać koszule i krawat, że wybierał bardzo dobre garnitury materiałowo, idealne do jego sylwetki. Kiedyś przyszedł do szkoły w spodniach sztruksowych, szytych nie jak jeansy, lecz jak takie szmaciane spodnie. Do tego miał na sobie koszule i sweterek Lacosta. Ubrany był w stylu, który w angielskich filmach o gentlemanach uważałby byłby za “sportowy”. Wyglądał w tym świetnie i bardzo szykownie jak na standardy ubierania się na co dzień. Nie potrafię tego do końca opisać, ale to właśnie ta “szykowność wewnętrzna”, która nadaje niesamowitej elegancji, nawet w stroju “sportowym” sprawia, że faceci w garniturach wyglądają tak świetnie. Mój pan od historii nie miał jakiś niesamowicie harmonijnych kształtów ciała, ani dla 17-latki nie był w żaden inny sposób atrakcyjny. A jednak przyciągał wzrok. Gdybym była facetem chciałabym być taka jak on ;]
Kolejne dwa przykłady to były prodziekan i kolega ze studiów. Nie tak bardzo emanujące, ale jednak ” z tym czymś”. Znów dobrej jakości garnitury (umiejętność wybrania dobrego garnituru i dodatków to jednak podstawa). A do tego coś w zachowaniu i ruchach. O ile u starszych facetów garnitur wygląda bardziej “naturalnie”, o tyle żeby młody chłopak (20 lat wtedy mieliśmy) wyglądał “niesztucznie”, musi mieć w sobie pewna swobodę ruchów (znów nie wiem jak to nazwać).
Ostatni przykład jest bardzo osobisty i nie będę go przytaczać, ze względu na domniemany brak obiektywizmu. Choć o to samo chodzi, to chyba nie jestem zbyt wiarygodna w tym przypadku, żeby mi wierzyć ;]
We wszystkich 4 przypadkach, to czy garnitur “działał” (bo przecież się mówi o jakimś “pociągu” do facetów w garniturach – co w zasadzie głupie jest) było spowodowane nie walorami zewnętrznymi, nie atrakcyjnością, nie żadnymi pociągami płciowymi, lecz czymś niezidentyfikowanym, jakimś wewnętrznym “czymś”. W przypadku reszty samców garnitur jest “obojętny” lub nawet “śmieszny”…
Przydało by się każda opowieść skończyć jakaś puenta, jakimś zakonczeniem. Ja nigdy nie wiem jak kończyć. Zawsze moje “piśmiennictwa” były jakieś “niedokończone”. Teraz też urwe tak nagle ;]