Zainspirowana rozmową na forum przypomniały mi sie moje wcześniejsze przemyślenia… W zasadzie nie są nowe, ale chciałbym je opisać dla pełniejszego obrazu mnie. Mam dziwne wrażenie,ze muszę opisać siebie tu cała coby uzyskać jakiś kształt. To chore jest i nieprawdziwe, ale póki mi się nie nudzi to będę pisać.
Wątek na forum dotyczył niemożności porozumiewania się z teściami i chęci zamykania się przed nimi (w sensie niezbyt bliskiej znajomości). Napisałam w nim, że jednym z aspektów mądrości człowieka jest umiejętność rozmawiania z różnymi ludźmi – nawet “głupszymi”, i starania się uczenia od nich, bo w końcu w pewnych aspektach życia mogą mieć więcej racji niż najbardziej mądry i wykształcony człowiek. Wyznaje taką zasade, że nikt nie może wskazać jednoznacznie dobrych “sposobów na życie”, zatem uczyć się czegoś dobrego i pożytecznego dla siebie można od najróżniejszych ludzi. Trzeba słuchać, obserwować i wyciągać wnioski dla siebie. Jednocześnie nie można oceniać tego co nam nie pasuje, bo nie da się powiedzieć co jest obiektywnie słuszne.
Takim przykładem, który dla mnie jest oznaką pewnego rodzaju “mądrości” (dziwne słowo – tak naprawdę nie do końca wiadomo co znaczy) jest umiejętność rozmawiania z dziećmi. Nie są one skażone sztucznymi stylami zachowań, nie bardzo jeszcze prą ku pozorowaniu sie na kształt tego czego wymaga od nas społeczeństwo, nie mają myśli zawalonych “bzdurami”. Za to bardzo mocno i czysto odbierają świat zewnętrzny i co najlepsze w nich: potrafią czerpać z niego radość. Staram się czasem przypominać sobie o tej wizji świata. Tyle, że dorośli najczęściej muszą sie uczyć jej na nowo…
Z dziećmi rozmowa wygląda trochę inaczej niż z dorosłymi. Wydaje się, że maltretowane idiotycznymi/przymusowymi rozmowami z dorosłymi nie bardzo chcą podejmować jej (takimi “tititi” z jednoczesnym głupim uśmiechem i tykaniem, albo poważnymi pytaniami “taaaak a skąd to wiesz? jesteś już duży/mądry”, “grzeczny tudzież śliczny chłopiec/dziewczynka” – zależnie od wieku dziecka). Trzeba pokazać im, że traktuje się je poważnie i z szacunkiem. Pamiętam jak ja reagowałam na idiotyzmy dorosłych i widziałam jak reagują inne dzieci ;] A jednocześnie należy pamiętać, że dzieci mogą czegoś nie rozumieć, że trzeba objaśniać im coś w inny, bardziej obrazowy sposób.
Najlepiej dla mieszczucha rozmawia się z dziećmi ze wsi. Takie 4-7letnie dziecko więcej wie o rozwoju i zwyczajach inwentarza żywego niż przybywający z miasta raz na 1-2 lata na weekend. To bardzo fajny widok jak dzieci poczują się słuchane przez dorosłych i poważane. Jak mogą coś dorosłemu wyjaśnić.
Nie wiem w zasadzie do czego zmierzam…pogubiłam się już ;]
Widziałam kiedyś przeuroczą scenkę. Matka z dzieckiem 4-5 letnim (nie pamiętam płci) szła sobie ulicą. Dziecko zauważyło kałuże i patrzy takim pytająco-proszącym wzrokiem. Matka za to groźnym głosem powiedziała “spróbuj wejść w nowych butach w kałuże” tak jakby to nie był pierwszy raz i wiedziała co się święci. Dziecko zasmucone ominęło kałuże a ja się uśmiechnęłam. Nie wiem dlaczego ale poczułam jakąś wieź z tym dzieckiem, bo przypomniało mi się jak ja lubiłam/nadal lubię chodzić po kałużach ;] Nie chciałabym tego stracić do końca życia – tej radości z każdej pogody, każdej sytuacji. Właśnie tego mogę na nowo uczyć się od dzieci. Właśnie dlatego tak lubię z nimi rozmawiać.
Troche to bez składu i ładu, ale dziś mam bardzo rozproszone myśli… mam nadzieje, że da sie zrozumieć o co mi chodziło